POLITYKA

Czwartek, 23 maja 2019

Polityka - nr 18 (2296) z dnia 2001-05-05; s. 71

Społeczeństwo / Edukacja

Stanisław Mrówczyński

Mierzenie miarki

Polemika: Poziomu szkoły wyższej nie powinni oceniać jej profesorowie

W krótkim czasie ukazały się dwa odmienne rankingi wyższych uczelni: przygotowany przez pisma „Perspektywy” i „Rzeczpospolita” (z 10 kwietnia 2001 r.) oraz przez „Politykę” (specjalny dodatek do nr. 17 z 28 kwietnia 2001 r.). Oba wywołały wielkie poruszenie nie tylko w środowiskach akademickich. Żaden ranking nie jest w pełni obiektywny, szczególnie wtedy, gdy dotyczy materii tak złożonej jak całościowa ocena uczelni. Jednak z zadania można wywiązać się lepiej bądź gorzej. Lista rankingowa opracowana przez „Perspektywy” i „Rzeczpospolitą” w przypadku trzech z czterech najważniejszych elementów oceny jest obciążona poważnymi błędami metodologicznymi. Warto się o te sprawy pospierać.

Miesięcznik edukacyjny „Perspektywy” wraz z „Rzeczpospolitą” przygotowały ranking, w którym wszelkie uczelnie, duże i małe, akademie teologiczne i wychowania fizycznego stanęły do jednego wyścigu. Autorzy rankingu przyjęli, że najważniejszym elementem oceny szkoły jest prestiż, jakim cieszy się ona w oczach profesury i przedstawicieli największych firm. Opinia tych dwóch środowisk aż w 50 proc. decydowała o miejscu w rankingu. Pozostałe dwa kryteria – poziom naukowy i warunki studiowania – wchodziły do pełnej oceny z wagami, odpowiednio, 30 proc. i 20 proc. Chociaż już sama wielkość przyjętych współczynników wagowych budzi wątpliwości, znacznie bardziej problematyczny wydaje się dobór opiniodawców.

Do naukowców, którzy uzyskali tytuł profesorski w latach 1999 i 2000, rozesłano ankietę z pytaniem: „Gdyby Pana córka, syn, wnuk czy wnuczka wybierali się na studia, jaką uczelnię byście im zarekomendowali?”. Jak należy przypuszczać, a przykładowe opinie zamieszczone w „Perspektywach” w pełni to potwierdzają, respondenci często wskazywali swoją macierzystą placówkę. Jak zaś dramatycznie samoocena różni ...