POLITYKA

Niedziela, 17 grudnia 2017

Polityka - nr 11 (3102) z dnia 2017-03-15; s. 17-19

Polityka

Mariusz JanickiWiesław Władyka

Mit miażdżącej przewagi

PiS ma miażdżącą przewagę nad polityczną konkurencją i będzie rządził przez 20 lat – taki przekaz wytworzony przez władzę coraz częściej jest powtarzany przez przeciwników rządzącej partii. Jak to się udaje?

Miażdżąca przewaga PiS” to obok „beznadziejnej opozycji” i „walki dwóch plemion” trzecia kluczowa fraza, jaką drużyna Kaczyńskiego z powodzeniem wtłacza w publiczną przestrzeń. Sformułowanie to pojawia się nawet w gazetach i portalach, które zasadniczo są wobec PiS bardzo krytyczne. Najwyraźniej uważa się to za stwierdzenie faktu, co jest dużym sukcesem marketingu rządzących.

Jeszcze rok temu z okładem, w miesiącach tuż po parlamentarnych wyborach, często było wyrażane przekonanie, że co prawda Platforma jest winna temu, że przegrała, bo popełniała błędy w rządzeniu i dała się przyłapać przy ośmiorniczkach, ale że w sumie była to raczej awaria, nieszczęśliwy zbieg okoliczności: fatalna kampania Komorowskiego, przelicytowanie przez lewicę z wyborczą koalicją (wyższy próg), pojawił się Adrian Zandberg, doszło 500 plus itp. PiS dostał w wyborach ok. 37 proc. i mówiło się wtedy, że to tylko 19 proc. uprawnionych do głosowania.

Dzisiaj, kiedy PiS ma w sondażach 33–34 proc., a opozycja łącznie zazwyczaj więcej niż PiS, paradoksalnie zaczyna dominować – stymulowana przez władzę – teoria, że oto dokonuje się wielki kulturowy przełom, że PiS wyrósł na zmianie świadomości o globalnym zasięgu, w związku z tym może rządzić przez kilka kadencji. Samodzielna większość w Sejmie, uzyskana dzięki dodającej mandatów zwycięzcy ordynacji (widać już, że za bardzo zniekształca ona realny układ sił), zamienia się w zbiorowej świadomości w takąż większość w skali całego społeczeństwa. Wygląda to tak, jakby coraz bardziej bezwzględne rządy PiS wstecznie zmieniały ocenę tego, co wydarzyło się w 2015 r. Brutalność i pewność siebie stają się dowodami na trwałość i przełomowość.

Dzieje się tak nie tylko w Polsce. Mówi się o trumpizacji Ameryki, o wręcz epokowej politycznej zmianie, chociaż to Hillary Clinton zdobyła o trzy miliony głosów więcej, a Trump, już jako prezydent, w sondażach dołuje. Ale karierę zrobiła teza o „wściekłości białych mężczyzn”, którzy dokonali w USA politycznej rewolucji. Jest tak również we Francji, gdzie mająca ok. 30 proc. poparcia prawicowa populistka Marine Le Pen budzi przerażenie u pozostałych 70 proc. Jak w Polsce: jedna trzecia paraliżuje i wysysa siły z dwóch trzecich. Przypomina się stary dowcip, kiedy pięciu osiłków ustępuje na ulicy dwóm innym, a na pytanie, „dlaczego właściwe im ustępujemy”, pada odpowiedź: „bo ich jest dwóch, a my jesteśmy sami”.

PiS 12 lat temu, kiedy pierwszy raz wygrywał wybory, miał ok. 29 proc. poparcia. Potem, pozostając w opozycji, regularnie przekraczał 30 proc. Wielka kulturowa przemiana w 2015 r. rozegrała się zatem na poziomie zyskanych dzięki socjalnym obietnicom ok. 7–8 proc. wyborców, z których teraz kilka procent nawet ubyło. Ale to właśnie obecnie pojawiają się opinie, że trzeba zmienić wszystko, że III RP się nie nadaje, że polski kapitalizm jest do zasadniczej korekty, dotychczasowe elity muszą spokornieć (te nowe oczywiście nie zamierzają) itd. Mówi się o konieczności stworzenia nowego liberalnego języka, prostszego, bardziej dla ludu, żeby przekonać „miękkich zwolenników PiS”, niewrażliwych na konstytucyjne delikty. Sondażowe wyniki PiS pokazują jednak, że da się z nim wygrać, nawet nikogo z tego elektoratu nie przeciągając na stronę liberalną.

Ale tworzy się błędne koło. Mówi się, że antypisowska opozycja nie ma masowego poparcia, bo jest słaba, a ona jest w dużej mierze dlatego słaba, że nie ma poparcia. Anty-PiS z własnych politycznych decyzji tyczących opozycji czyni kryterium jej oceny. Używając porównania: ktoś pomalował ścianę na czarno, a potem krzywi się, że taka czarna. W efekcie chociaż PiS z jednej strony i, w sumie, partie opozycyjne z drugiej mają podobne wyniki sondażowe, powstaje wrażenie kolosalnej dominacji ugrupowania Kaczyńskiego. Dzieje się tak dlatego, że wyborcy PiS lubią swoją partię, są zaangażowani, cierpliwi i politycznie uświadomieni. Wiedzą, że dostali szansę stulecia, która może się już nie powtórzyć.

Anty-PiS przeciwnie, nie znosi opozycyjnych ugrupowań, szydzi z nich, śmieje się z Petru, nie szanuje Schetyny, lekceważy Kosiniaka-Kamysza. Czeka na przełom, na pokazanie się nowej wspaniałej siły, której nic nawet w zarysach nie zapowiada. Wyborcy liberalni, klasa średnia, duże miasta, które przez lata wydawały się przewidujące, racjonalne, umiejące rozpoznać, na czym polega istota polskiego konfliktu, gradacja publicznych spraw, teraz same zaczęły ulegać emocjom, które wcześniej przypisywano, jako specjalność, narodowej prawicy.

Dzisiaj prawica realizuje „gorący” ideologicznie program, ale z zimnym wyrachowaniem. To anty-PiS ulega nastrojom, bije się w piersi własne i cudze, czeka cudu, charyzmy Schetyny, rozwodu Petru i ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]