POLITYKA

środa, 22 maja 2019

Polityka - nr 17 (2753) z dnia 2010-04-24; s. 16-20

Moment tylko

Po katastrofie

Pytanie, dlaczego zginęli właśnie oni, brzmi drażniąco. Ot, zbieg przypadków. Różne pokolenia, różne doświadczenia, poglądy, wybory, rozmaitość polskich życiorysów. Ale jest też jakaś wprawiająca w zadumę powtarzalność w losach niemal wszystkich ofiar smoleńskiej katastrofy. Szczególny moment, który zdecydował, że 10 kwietnia 2010 r. znaleźli się na pokładzie samolotu. Zwykle to moment sukcesu, kiedy osiągali to, co chcieli: pozycję, stanowisko, poczucie, że robią to, co powinni.

Generał

Stanisław Komornicki (86 lat) był żołnierzem przez całe dorosłe życie. – Byliśmy razem w Powstaniu Warszawskim na Starówce, bardzo się przyjaźniliśmy do ostatnich dni jego życia – mówi mjr Danuta Gałkowa ps. Wilczyca, powstańcza sanitariuszka, łączniczka. – Zginął śmiercią żołnierza.

Wiecznie w rozjazdach, w drodze na spotkania, na odsłonięcia pomników i tablic, z prezydentem często latał na uroczystości patriotyczne. Od 1993 r. był kanclerzem Orderu Wojennego Virtuti Militari, miał swój gabinet w Kancelarii Prezydenta. Kilka miesięcy temu wybrano go na kanclerską kadencję po raz szósty. Patrzcie, znowu mnie tam chcąmówił niby zdziwiony, ale dumnie podkręcał wąsa. Może gdyby...

Na zdjęciu sprzed kilku lat gen. Komornicki stoi oparty o ścianę, uśmiechnięty, młodzieńczy. Mimo lat zachowywał ten wisusowaty, warszawski styl bycia i pewność siebie.

Na obiady chodził do restauracji sejmowej albo do knajpki na Solcu, którą sam odkrył – lubił spacerować po mieście. – Był szarmancki dla kobiet, zapraszał na obiady, flirtował – wspomina ...