POLITYKA

Czwartek, 14 grudnia 2017

Polityka - nr 21 (3060) z dnia 2016-05-18; s. 6

Ludzie i wydarzenia / Przy-pisy Redaktora Naczelnego

Jerzy Baczyński

Moody i KODy

Jak wiemy, agencja ratingowa Moody’s zmieniła prognozę dla Polski ze stabilnej na negatywną. Używając najmodniejszych słów tygodnia: ten rating to najkrótszy audyt. To, że nie obniżono nam podstawowego wskaźnika, paradoksalnie, też nie najlepiej świadczy o nowej władzy. Jeśli agencja ratingowa kompletnie nie wzięła pod uwagę kilkunastogodzinnego retorycznego masakrowania polskiej gospodarki i państwa podczas tzw. sejmowego audytu, to znaczy, że potraktowała wystąpienia ministrów jako niewiarygodną, czysto propagandową paplaninę. Eksperci Moody’s zignorowali gorące zapewnienia rządu, że polska gospodarka po ośmiu latach poprzednich rządów jest słaba, niewydolna, zadłużona i skorumpowana. Przeciwnie, uznali, że fundamenty ma solidne, a jeśli coś jej może zaszkodzić, to tylko polityka nowych władz. Przykry przekaz.

Najbardziej pesymistyczne jest to, że, tak jak agencja Moody’s, niemal każdy – poza ludźmi rządzącej formacji – kto wypowiada się dziś na temat Polski, stawia prognozę negatywną. Ma być jeszcze gorzej, bo lider ekipy zapewnia, że w niczym nie ustąpi ani się nie cofnie; że rewolucja dopiero się rozpędza. To znaczy, że będzie trwał atak na opozycję, niezależne instytucje i środowiska, sądy i media; że powszechna wymiana kadr na lojalne wobec partii będzie kontynuowana; że gospodarka ma być nacjonalizowana, a budżet zadłużany; że rozszerzane będą uprawnienia służb specjalnych i prokuratury.

Dziś wygląda na to, że drugi, ostrzejszy, etap zacznie się po warszawskim szczycie NATO i zakończeniu wizyty w Polsce papieża Franciszka. Jeśli wierzyć prawicowym mediom i buńczucznym zapowiedziom wielu polityków PiS, to wtedy mogą ruszyć aresztowania, przesłuchania i procesy przedstawicieli opozycji oraz, pod hasłem wymiany elit, czystki we wszystkich środowiskach podejrzewanych (tu cytat z dawnych lat) o sprzyjanie kontrrewolucji i wrogim ośrodkom. Na razie to wszystko nie brzmi poważnie, ale od pół roku wciąż musimy przyjmować do wiadomości, jak płonna i naiwna jest wiara, iż „tego to już na pewno nie zrobią”. Nawet masowe protesty KOD, unijnych urzędników czy parlamentarzystów, jakiejś Rady Europy, opinie zagranicznych mediów czy nowe, już nawet realnie obniżone, ratingi polskich obligacji, raczej tego nie zahamują. Brak umiaru, rozsądku, arogancka „bezkompromisowość”, to podstawowe cechy tej dziwacznej, infantylnej, choć groźnej, rewolucji.

Nie ma mądrych, ekspertów agencji ratingowych włączając, którzy przewidzieliby, co się stanie w Polsce i z Polską nawet za kilka miesięcy, o latach nawet nie myśląc. Resztki rozumu podpowiadają, że potrzebny byłby kubeł zimnej wody, czyli odnotowany w sondażach wyraźny i trwały spadek poparcia dla PiS, grożący przegraniem kolejnych wyborów i prawnymi konsekwencjami dla rewolucjonistów. Na razie sondaże PiS nie podlegają widocznej erozji i socjologowie znajdują na to wiele, mniej lub bardziej mętnych, wyjaśnień. A jednak coś się dzieje, czego sygnałem ów dość kabaretowy audyt poprzedników, przezywany już, ze względu na formę, „audycją”. Komentatorzy medialni i polityczni, starający się zrozumieć, jaki był sens tego przedsięwzięcia, bardzo często przyjmowali tę samą interpretację: to było skierowane do własnych zwolenników, chodziło o „utwardzenie elektoratu” i własnego zaplecza.

Ministrowie, opowiadając publicznie i zapewne świadomie ewidentne kłamstwa, półprawdy i insynuacje, musieli przejść „test wstydu”, jakim swoich współpracowników regularnie poddaje Prezes (oj, nie każdy z równym zaangażowaniem to czynił). Natomiast do wyborców były skierowane tradycyjnie serie ostrych oskarżeń wobec poprzedników, przypisujących im najgorsze złodziejskie i agenturalne motywy („utwardzanie przez gnojenie?”), i ozdobione przez tabloidowe, trudne lub niemożliwe do weryfikacji, opowieści o złotych mercedesach, zdradziecko wydanych agentach, moździerzach bez amunicji, dzieciach źle traktowanych w ośrodkach wychowawczych, autostradach budowanych za tak gigantyczne pieniądze, że aż firmy budowlane masowo bankrutowały (z braku pieniędzy). W celu utwardzenia elektoratu użyto też propagandowego młota, czyli migającej na ekranie kwoty 340 mld zł, jakie – choć nie wiadomo jak – mieli stracić wyborcy wskutek przestępczych rządów PO-PSL.

Z czasów PRL (to przywilej starszych) pamiętamy, że władza nasilała propagandę w stanach zagrożenia, niepewności we własnych szeregach, sięgając po techniki i metody manipulacji, które dziś bez trudu odnajdujemy w pisowskich przekazach medialnych i politycznych (s.12). Mamy nawet wrażenie, że propaganda nie jest dziś instrumentem polityki, ale odwrotnie, to polityka służy propagandzie, czyli takiemu utwardzaniu i formowaniu umysłów wyborców, aby nabrali trwałej odporności „na Moody i KODy”. Tej władzy nie chodzi o rządzenie, ale o rząd dusz. To jest chyba prawdziwa rozgrywka, gambit Kaczyńskiego. I ciężkie wyzwanie dla całej opozycji, która takiej gry prowadzić nie umie. Polska polityka odleciała w sferę irracjonalną, ale hałas propagandowych pomp wskazuje, że z tego balonu jednak uchodzi powietrze. [pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]