POLITYKA

Poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Polityka - nr 41 (2624) z dnia 2007-10-13; s. 126-128

Ludzie / Prawo

Adam SzostkiewiczAgnieszka Mazurczyk  [wsp.]

Mus nie dla nas

Czy obowiązek uczestniczenia w wyborach to lekarstwo na coraz niższą frekwencję?

Szczęśliwe narody, w których dzień wyborów to święto demokracji. Sto lat temu Anglicy chodzili do wyborów jak do kościoła – w najlepszym ubraniu, z medalami na piersi. Pół wieku temu frekwencja na Wyspach sięgała zwykle 70 proc. Podobny wynik odnotowano jeszcze 10 lat temu. Brytyjczycy tak bardzo chcieli wtedy odsunięcia od władzy konserwatystów, że poszli głosować w zwykłych ubraniach, ale masowo, jak za dawnych dobrych czasów. Do urn pokwapili się też młodzi.

A potem przyszło wielkie tąpnięcie. W wyborach do parlamentu w 2001 i 2005 r. frekwencja spadła do 59 i 61 proc. Komentatorzy zauważyli kwaśno, że więcej głosów oddano na bohaterów programu „Big Brother”. Popsuła się też frekwencja w wyborach lokalnych w Londynie – z 48 proc. w 1990 r. spadła do 32 proc. w 2002 r. Jeszcze mniej brytyjskich wyborców chodzi do eurowyborów. Najlepszy wynik zanotowano 13 lat temu: prawie 37 proc.

W demokracjach zachodnich średnia frekwencja wyborcza w okresie powojennym utrzymywała się na przyzwoitym ...