POLITYKA

środa, 21 sierpnia 2019

Polityka - nr 33 (2718) z dnia 2009-08-15; s. 66-68

Świat

Roman Kuźniar

My mamy zegarki, oni mają czas

Interwencja w Afganistanie staje się powoli złą wojną, nawet jeśli brać pod uwagę tylko jej długość i zniszczenia, jakie to za sobą pociąga. Najwyższy czas zastanowić się, po co Polska bierze w niej udział.

W Afganistanie trwa nierówna walka. Po jednej stronie najpotężniejszy sojusz świata – myśliwce, bombowce, helikoptery, czołgi, pojazdy pancerne, broń rakietowa i setki tysięcy doskonale uzbrojonych i wyposażonych żołnierzy, po drugiej pospolite ruszenie talibów – przestarzała broń, kilkanaście tysięcy partyzantów i wciąż rosnąca liczba ofiar. Ilu jeszcze talibów musimy zabić, jakie ofiary musi ponieść afgańska ludność cywilna i ile lat musimy tam spędzić, aby dopiąć swego?

Od czasu, kiedy w Afganistanie po raz pierwszy pojawiły się zachodnie wojska, tamtejsza wojna całkowicie zmieniła swój charakter. Kiedy 7 października 2001 r. Amerykanie wchodzili do Afganistanu, chcieli złapać zleceniodawców zamachów na World Trade Center i ukarać tych, którzy dali im schronienie. Nikt nie zastanawiał się, co będzie dalej. W najgorszych scenariuszach – jeśli takie w ogóle istniały – nie przewidziano, że 8 lat później NATO będzie toczyć w Afganistanie regularną wojnę, w dodatku z perspektywą pozostania tam na co najmniej 8 kolejnych lat.

W tym miejscu trzeba przytoczyć jedną z mniej ...

Wojna bez dna

W.S.

1293 – tylu żołnierzy NATO zginęło w Afganistanie od 7 października 2001 r. Tylko w pierwszym półroczu tego roku, który zapowiada się na najkrwawszy w ośmioletniej wojnie, zginęło 166 żołnierzy. W tym samym czasie śmierć poniosło aż 1013 afgańskich cywilów, o 24 proc. więcej niż w roku ubiegłym. Ponad połowę, 595 osób, zabili talibowie, 310 zginęło z rąk wojsk rządowych i NATO, w tym 200 wskutek bombardowań NATO. Na początku lipca ruszyło amerykańskie przesilenie, czyli zwiększenie kontyngentu, połączone ze zmianą taktyki, które w ubiegłym roku położyło kres wojnie domowej w Iraku. Teraz Barack Obama oczekuje tego samego rezultatu w Afganistanie, zwłaszcza że część z 20 tys. dodatkowych żołnierzy została przerzucona prosto z Iraku. Ale głównodowodzący wojsk USA gen. Stanley McChrystal już prosi o dalsze posiłki. W tym samym czasie kolejne kraje rezygnują z udziału w wojnie: Holendrzy ewakuują się w tym roku, Kanadyjczycy zostają do 2011. – NATO nie szykuje się do odejścia – zapewnia Anders Fogh Rasmussen, nowy sekretarz generalny Sojuszu, który zjawił się w Kandaharze dzień po objęciu urzędu. Ale zaraz potem dodał: – Mam nadzieję, że w trakcie mojego mandatu uda nam się pomóc Afgańczykom przejąć odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo. W Afganistanie walczy w tej chwili 62 tys. żołnierzy USA i 39 tys. sił sprzymierzonych, a u ich boku 175 tys. policjantów i żołnierzy afgańskich. Aby Afgańczycy mogli się sami bronić, potrzebują dwa razy większej armii.

Na razie musi wystarczyć nieco większy amerykański kontyngent i zmiana strategii. Po 8 latach wojny Amerykanie odkryli, że zabijanie cywilów w nalotach nie przysparza im poparcia, a wręcz popycha Afgańczyków w objęcia talibów. Dlatego od miesiąca priorytetem NATO niej jest już wybijanie powstańców, tylko obrona ludności cywilnej. Rasmussen nie wyklucza też negocjacji z umiarkowanymi talibami – znów wzorem Iraku, gdzie w ten sposób zgaszono sunnickie powstanie. Tymczasem talibskie powstanie nie tylko się rozprzestrzenia, ale także przybiera na sile. Według raportu ONZ, już jedna trzecia kraju jest dotknięta działaniami partyzanckimi, gwałtownie rośnie liczba ataków z użyciem zdalnie sterowanych ładunków. W.S.

Załączniki

  • Zamachy bombowe talibów w 2009 r.

    Zamachy bombowe talibów w 2009 r. - [rys.] MK