POLITYKA

Piątek, 24 listopada 2017

Polityka - nr 43 (3082) z dnia 2016-10-19; s. 16-18

Polityka

Marek Ostrowski

Na ostrzu widelca

Polski rząd zaryzykował sojusz z Francją z powodu przetargu na caracale. Ale w tej sprawie najmniej chodzi o same helikoptery.

Rząd PiS wyrzucił do kosza parafowany już – przez poprzedni rząd – kontrakt na dostawę 50 helikopterów caracal. I zaraz Paryż zareagował ostro: prezydent François Hollande odwołał wizytę w Polsce. Oficjalnie Francja milczy, ale francuskie koła dyplomatyczne tak to tłumaczą: jesteśmy bardzo zawiedzeni i nie rozumiemy, co się stało. Kontrakt nie tylko został parafowany, lecz odpowiadał dokładnie zadaniu postawionemu przez wojsko. A polskie media przeinaczają fakty związane z offsetem. To właśnie my złożyliśmy wyjątkowo korzystne propozycje stronie polskiej – mówią na Quai d’Orsay.

Na pytanie, czy Francuzi pójdą do sądu, brak odpowiedzi, ale rozmówcy zaznaczają, że będą jednak domagać się wyjaśnienia sprawy. – Negocjowano z nami bardzo długo. Niech Polacy pokażą więc inne oferty, porównamy je, niech każdy się przekona – tłumaczą Francuzi i spodziewają się arbitrażu nie tyle sądowego, co publicznego.

Rząd twierdzi, że nie mógł zaakceptować francuskiej oferty, bo niewystarczające były inwestycje zwrotne w polską gospodarkę (offset). Nawet ostatnio niechętna PiS prof. Jadwiga Staniszkis zerwanie rokowań z Francuzami przedstawiła jako krok w wychodzeniu Polski z pułapki rozwoju zależnego. Oto – po odrzuceniu kontraktu – rodzi się perspektywa rozwoju własnego przemysłu lotniczego, wręcz skok rozwojowy – mówiła. Tymczasem chyba jest akurat odwrotnie. Amerykanie z Lockheed Martin, właściciele fabryki w Mielcu, sprzedają goły sprzęt, żadnego know-how, żadnego offsetu. A francuscy dyplomaci podkreślają, że Paryż promował Polskę na piątą prawdziwą bazę przemysłową koncernu Airbus, pełnoprawnego partnera – po samej Francji, Niemczech, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii w ten koncern już zaangażowanych. Wtedy dopiero Polska mogłaby się stać prawdziwym uczestnikiem badań i doświadczeń w świecie technologii.

Z powodu odrzucenia kontraktu nie kryje irytacji prof. Roman Kuźniar, od lat zajmujący się problematyką bezpieczeństwa. – Nowa ekipa powtarza: naród, państwo, naród, państwo, a praktyka pokazuje, jak ta narracja jest fałszywa. Politycy PiS, jak baba licząca paciorki różańca, są myślami gdzie indziej. Nie brak ekspertów, którzy podejrzewają, że amerykańskie helikoptery Black Hawk, które bez przetargu „kupił” już minister Antoni Macierewicz, stoją w Mielcu od dawna, a pieniądze na modernizację armii pójdą na coś innego, bo Obrona Terytorialna jest dla ministra ważniejsza niż śmigłowce. Przy okazji portal OKO.press ujawnił bulwersujące związki ministra Macierewicza i jego ludzi z amerykańskimi lobbystami działającymi na rzecz koncernu Lockheed Martin. A sam minister, zamiast odpowiedzi, rzucił mglistą zapowiedź budowy helikoptera polsko-ukraińskiego(?).

Rząd Tuska włożył wiele wysiłku w budowę stosunków z Francją, a poprzednik Macierewicza w MON Tomasz Siemoniak przez dwa i pół roku spotkał się aż 21 razy z francuskim ministrem obrony Jean-Yves Le Drianem, więcej niż z którymkolwiek z innych swych odpowiedników. (Nawiasem mówiąc, minister Macierewicz tylko raz). Kroiło się na współpracę w wielu dziedzinach. Poprzednia ekipa starała się podkreślić europejską solidarność. Tym trzeba tłumaczyć wysłanie polskich misji do Mali, a potem też do Republiki Środkowoafrykańskiej – ze wsparciem Francji w zakresie szkolenia i logistyki. Skromniutkie to było, ale symboliczne.

Prof. Dominique Moïsi, współzałożyciel, obecnie doradca Francuskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (IFRI), mówi, że Francja czuje się dziś podwójnie sfrustrowana w sprawach sprzedaży broni. Bo pamiętają w Paryżu, że po przyjęciu Polski do Unii Warszawa niby rozpisała przetarg na samoloty wielozadaniowe, do przetargu stanął francuski koncern Dassault z samolotami mirage. Ale polityczny wynik zdawał się przesądzony od początku. – W istocie Polska nigdy na serio nie rozpatrywała możliwości kupna innych samolotów niż amerykańskie, bo do Ameryki ma większe zaufanie niż do Europy – mówi Moïsi.

Polska po wydobyciu się z objęć rosyjskiego niedźwiedzia stanęła wobec pytania, kogo bardziej kocha – mamusię czy tatusia, Amerykę czy Europę? Dziś to pytanie brzmi już inaczej, gdyż sami Amerykanie – jak na ostatnim szczycie NATO – namawiają Europę na większe zaangażowanie we własną obronę. Prawda, że Europejska Grupa Bojowa nie ma najlepszej opinii, ale nie można całkowicie lekceważyć europejskich zdolności obronnych, zwłaszcza w nowym typie wojny hybrydowej, takiej z zielonymi ludzikami od Władimira Putina. Także wojny propagandowej czy cyberbezpieczeństwa. W tych dziedzinach Europa ma potencjał.

Od kogo w takim razie kupować uzbrojenie? Jasne, że na wojskowe kontrakty nie można patrzeć tylko od strony technicznej, czysto wojskowej czy ekonomicznej, bo liczą się też względy geostrategiczne i długofalowa polityka. Tyle że naczelnik państwa Jarosław Kaczyński obsesyjnie podporządkowuje się Ameryce. Jeśli lekceważy Unię, a nawet mówi o jej rozpadzie, to tym bardziej – wbrew własnym deklaracjom – odwraca się tyłem do jej wysiłków w przemyśle obronnym.

Przed narodzinami Airbusa, czy europejskiego systemu nawigacji Galileo, eksperci wojskowi ostrzegali, że jeśli Europa się nie zmobilizuje, to za życia kolejnego pokolenia na świecie po prostu nie będzie innej nowoczesnej broni niż amerykańska, tak jak nie ma dziś żadnej europejskiej ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]