POLITYKA

Niedziela, 19 maja 2019

Polityka - nr 12 (1547) z dnia 2006-03-25; s. 108-113

Na własne oczy

Agnieszka Niezgoda

Na wszelki wypadek

W karetce pogotowia wozi się wszystkie bóle, nieszczęścia, samotności, śmieszności. Bo pogotowie ratunkowe dopada człowieka w jego życiowym kontekście, choć jemu może się wydawać, że właśnie został z kontekstu wyrwany.

Tu Bońda. Konrad Bońda – powiada automatyczna sekretarka w telefonie dr. Konrada Bońdy z pogotowia na warszawskiej Woli, gdy ten w locie chwyta kurtkę.

Zaskrzeczał megafon: – R 21! R 21! To erka pod dowództwem Bońdy, karetka największa, do przypadków najcięższych. To wezwanie w kodzie pierwszym. Minuta na wyjście. Osiem minut na dojazd w mieście.

Nikt nikogo nie nawołuje. Ekipa wymieciona z łóżek, sprzed telewizora, z kuchni, siedzi już w karetce. Kogut. Jazda. Wola, ścięta mroźnym świtem, śpi jeszcze.

Godz. 6.10, palpitacja

Noclegownia dla bezdomnych, parterowy barak. Owinięte w koce sylwetki z wolna gramolą się z prycz. Zgłoszenie: serce, palpitacja. Pana A. do karetki odprowadza senny wzrok sąsiadów. Przewóz do szpitala. Zgłoszenie standardowe. Karetka nie lubi takich zgłoszeń. Ot, medyczna taksówka.

Bywa jednak i tak, opowiada w drodze do szpitala przy ulicy Kasprzaka ekipa R 21, że do noclegowni jedzie się do trzydniowego już trupa. Bezdomna śmierć przemyka jakby bokiem, niezauważenie dla innych.

Nie tak jak ...