POLITYKA

Wtorek, 21 listopada 2017

Polityka - nr 10 (2746) z dnia 2010-03-06; s. 60-61

Kultura / Paszporty Polityki. 2009. 17 lat Paszportu

Piotr Sarzyński

Narobiłem w sztuce chaosu

Rozmowa z Karolem Radziszewskim, laureatem Paszportu „Polityki” w kategorii sztuki wizualne

Piotr Sarzyński: – Domyśla się pan, od czego chcę rozpocząć naszą rozmowę?

Karol Radziszewski: – Zapewne od wątku gejowskiego. Przyzwyczaiłem się, że często to najbardziej interesuje moich rozmówców. Trudno się dziwić. Wszak nie mieliśmy jeszcze w Polsce twórcy, który osiągnąłby tak wiele i równocześnie tak wyraźnie ujawniał w swej sztuce (ale i w życiu) homoseksualną orientację.

Czy to jest sztuka gejowska?

Nie, i przypinanie mi łatki artysty gejowskiego – cokolwiek by to znaczyło – jest najbardziej irytujące, a także w znacznym stopniu redukujące mnie jako twórcę. Wyjaśnię to. Otóż zdecydowana większość moich prac, poświęconych zresztą różnym zagadnieniom, oparta jest na prywatnym doświadczeniu. Staram się je niejako żyrować – szczególnie gdy są prowokacyjne – osobistym życiem. W ten sposób są autentyczne. Naturalne więc, że ów aspekt gejowski musi się w nich pojawiać. Jeśli robię film o miłości i chcę, by był szczery, to musi się w nim pojawić relacja męsko-męska. Przez innych, głównie heteroseksualnych mężczyzn, zostanie uznany za film gejowski. Ale dla mnie (co ciekawe, także dla wielu kobiet) to po prostu film o miłości. Poza tym zawsze interesowali mnie ludzie i bliskie relacje między nimi. W ogóle uważam, że seksualność czy pożądanie, w każdej postaci, to wątki niedoceniane w polskiej sztuce.

Jednym słowem nie jest pan żadnym rzecznikiem sprawy gejowskiej w sztuce?

Wręcz przeciwnie. Moja twórczość jest krucjatą przeciwko łączeniu sztuki z misją, przeciwko podporządkowywaniu sztuki aktywizmowi. Czasem mam nawet wrażenie, że nazbyt egoistycznie traktuję sztukę. Zresztą jeśli się bliżej przyjrzeć, prawdziwi aktywiści gejowscy są często niezadowoleni z tego, co robię, uważają, że pokazuję gejów w złym świetle.

A to mnie pan zaskoczył!

Moje projekty często są radykalne, odnoszą się do sfery seksualności, wyciągam to, co dla mnie osobiście ważne: tożsamość, pożądanie. Jest w tym też dużo ironii. Nie mówię natomiast wprost o tolerancji, akceptacji, o prawach, nie uprawiam filozofii typu „jesteśmy tacy jak wszyscy, tylko odrobinkę inni”. Nie buduję więc pożądanego wizerunku geja. Gdyby w Polsce było dwudziestu „gejowskich artystów”, gdyby istniał, jak w krajach zachodnich, cały typowy nurt gay-art, to po pierwsze, byłoby widać, czym moje działania artystyczne się różnią od tzw. sztuki gejowskiej. Po drugie, być może wszyscy przestaliby spoglądać tylko na mnie, ludzie znudziliby się tematem, przestali nim emocjonować, zwracając więcej uwagi na artystyczne aspekty prac. Bo sztuka jest po prostu dobra lub zła. Nie interesuje mnie zmaganie się z wizerunkiem geja-artysty. Po prostu robię swoje. Czyli maluję, tworzę instalacje, organizuję akcje artystyczne, kręcę filmy.

Zastanawiam się, dlaczego dziś już właściwie nie ma malarzy czy rzeźbiarzy, a wszyscy są tzw. artystami multimedialnymi. Pan też.

Studiowałem malarstwo, ale chodziłem na zajęcia z rzeźby i grafiki warsztatowej. Gdzieś w tyle głowy tkwiła bowiem taka wątpliwość, że kto się zajmuje współczesną sztuką i nowoczesnymi mediami, ten nie potrafi namalować konia, że to wynika z jakiejś nieumiejętności, braku. Postanowiłem udowodnić sobie i innym, że jest inaczej. Opanować, co się da, i mieć to za sobą.

Nic więc dziwnego, że dość szybko forma stała się mniej ważna, a pojawiło się kluczowe pytanie: po co to robię? To najtrudniejszy moment dla każdego młodego artysty, gdy uświadomi sobie, że niczego rewolucyjnego już nie wymyśli, bo w sztuce teoretycznie wszystko już było. I wtedy trzeba znaleźć jakąś własną ścieżkę. Dlatego dziś medium jest dla mnie drugorzędne. Jeśli mnie coś nurtuje, to zastanawiam się, za pomocą jakich środków wyrazu najlepiej to przekazać. Raz lepszy jest film, kiedy indziej mural. Malarstwa nie zarzuciłem, ale go używam, gdy potrzebuję.

To, w takim razie, co pana nurtuje?

Przez wiele lat najbardziej interesował mnie problem kontekstów, w jakich pojawia się sztuka i jej odbiór. Stąd wiele projektów realizowałem w przestrzeni publicznej, pracowałem z więźniami, dziećmi, sąsiadami, badałem, jak funkcjonuje sztuka i jak się zmienia, gdy opuszcza przestrzeń galerii. Zawsze ważne też były dla mnie rozmowy z ludźmi, którzy oglądali moją sztukę. Jeszcze na studiach, w 2001 r., założyłem z Piotrem Kopikiem i Ivo Nikiciem Latającą Galerię szu szu. Wspólnie przygotowywaliśmy ingerencje w przestrzeni publicznej, w biurach, parkach, na ulicy itd. Wydaje mi się, że te kwestie przepracowałem na tyle, iż nie są już samodzielnym tematem moich prac, ale włączyłem je do arsenału własnych środków wyrazu.

To oznacza, że przy każdej nowej wystawie, pracy czy działaniu ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Karol Radziszewski, ur. 1980 r. w Białymstoku, autor instalacji, akcji, fotografii i filmów wideo. Malarz, performer, wydawca. Absolwent Wydziału Malarstwa warszawskiej ASP. Pomysłodawca i współtwórca Latającej Galerii szu szu. Założyciel, wydawca i redaktor naczelny magazynu „DIK Fagazine”. Mieszka i pracuje w Warszawie. Uczestnik licznych wystaw indywidualnych i zbiorowych w Polsce (m.in. Zachęta Narodowa Galeria Sztuki, CSW Zamek Ujazdowski w Warszawie, CSW Łaźnia w Gdańsku, Muzeum Sztuki w Łodzi, Bunkier Sztuki w Krakowie) i za granicą (m.in. Prague Biennale, New York Photo Festival, Biennale of Young Artists w Tallinie, Bat-Yam International Biennale of Landscape Urbanism, Galerie für Zeitgenössische Kunst w Lipsku, Kunsthalle Exnergasse w Wiedniu, New Museum w Nowym Jorku oraz Cobra Museum of Modern Art w Amsterdamie).