POLITYKA

Wtorek, 21 maja 2019

Polityka - nr 32 (2205) z dnia 1999-08-07; s. 42-43

Kultura

Mirosław Pęczak

Naród Woodstock

W połowie sierpnia mija 30 lat od tamtego wydarzenia. Na farmę w Bethel niedaleko Woodstock zjechało wtedy pół miliona ludzi, by przez trzy dni i trzy noce słuchać muzyki. Legenda Woodstock przetrwała do dziś i choć potem urządzano większe i lepiej zorganizowane festiwale rockowe, w pamięci zbiorowej pozostał właśnie tamten - osobliwe święto miłości i pokoju w deszczu i błocie.

O festiwalu w Woodstock powiada się, że był zarazem szczytem i zmierzchem hipisowskiej kontrkultury. Nigdy wcześniej nie udało się zgromadzić takich tłumów na imprezie muzycznej, nigdy wcześniej i nigdy później Ameryka nie doświadczyła podobnej manifestacji młodego pokolenia. A przecież trwała jeszcze wojna w Wietnamie, policja tropiła i wsadzała do więzień radykałów dogorywającego ruchu studenckiego, zaś show-business coraz skuteczniej wchłaniał w swoją orbitę do niedawna zbuntowanych rockmanów, by po odpowiedniej obróbce sprzedawać ich wytwory z dużym zyskiem.

Wydawało się, że epopeja hipisowska kończy się nieuchronnie. Półtora roku przed festiwalem ideolog i lider rebelii młodzieżowej Abbie Hoffman urządził happening, na którym spalił kukłę hipisa, obwieszczając tym samym kres barwnej utopii, którą miało zastąpić bezpośrednie zaangażowanie polityczne. Powstała nawet stosowna partia, Youth International Party (yippies zamiast hippies), gotowa walczyć z systemem wszelkimi możliwymi sposobami. A jednak po festiwalu, przed sądem, podczas jednego ze swoich licznych procesów, ten sam Abbie Hoffman ogłosił, ż...