POLITYKA

Piątek, 24 listopada 2017

Polityka - nr 50 (3089) z dnia 2016-12-07; s. 110

Passent

Daniel Passent

Narodowy felieton polski

Były czasy, kiedy słowo „narodowy” nie było co prawda zakazane, ale nie było też obowiązkowe. Mieliśmy Narodowy Bank Polski, Teatr Narodowy, hymn narodowy, Stadion Narodowy, Narodowe Centrum Krwi, Narodowy Instytut Leków, potem Narodowy Fundusz Zdrowia itd., itp. Od kiedy powróciła do władzy prawica, mamy istny renesans, inflację słów „narodowy” i „polski”. W prasie reklamuje się nawet „Polska odzież tożsamościowa” („W pełni polska produkcja”). Wszystko, co robi rząd, jest narodowe i polskie, leży w polskim interesie narodowym, a w czyim jeszcze interesie leży (np. Putina), to się dopiero okaże.

Typową nowomowę narodowo-polską znajdziemy w oświadczeniu ministra środowiska prof. Jana Szyszki w sprawie Polskiego Modelu Łowiectwa. „Jestem zwolennikiem Polskiego Modelu Łowiectwa, ponieważ istniejący Polski Związek Łowiectwa jest POLSKI” – oświadcza minister (pisownia oryginalna). „Polski Model Łowiectwa jest autorem odtworzenia wielu gatunków”, w tym żubra, bobra czy też łosia. Minister „jest zwolennikiem Polskiego Modelu Łowiectwa, gdyż jest przeciwny przejęciu polskich obwodów łowieckich przez kapitał zagraniczny”. „Jestem zwolennikiem Polskiego Modelu Łowiectwa, gdyż Polski Model Łowiectwa to długoletnia tradycja, to ogromne dziedzictwo kulturowe (…). Zniszczenie Polskiego Modelu Łowiectwa to przejęcie kół łowieckich przez kapitał obcy, to zabranie Polakom możliwości wykonywania polowania”.

I tak dalej w tym stylu, nie zawsze najlepszym, bo zamiast pisać o zabraniu „możliwości wykonywania polowania”, można by napisać o „zabraniu możliwości polowania”, ale nie wymagajmy zbyt wiele. Profesor jest ministrem środowiska, a nie ministrem języka. Zwalcza chwasty, ale w przyrodzie, a nie w języku.

Po lekturze oświadczenia ministra żaden bóbr, dzik, lis czy wilk nie będzie już miał wątpliwości, jakiej jest narodowości i z czyjej ręki ma zginąć. W najbardziej niedostępnych zakątkach lasów i puszcz, w cieniu wojsk Obrony Terytorialnej formują się Narodowe Polskie Stada Samoobrony Zwierząt przed spadkobiercami Göringa, niepolskimi myśliwymi i kłusownikami. Minister profesor Szyszko, odmieniając przez wszystkie przypadki słowa „polski, polska”, dobrze wyczuwa klimat panujący w polskim lesie. Jeżeli jakiemuś lisowi czy innemu dzikowi nie podobają się te słowa, razi go Polska i Naród, boi się ich, nie pasują mu – to niech podwija ogon, włazi do nory albo na drzewo z nim.

Jak pisze Laura Polkowska w książce „Język prawicy” (znakomita praca doktorska napisana na Uniwersytecie Kardynała Wyszyńskiego, do której jeszcze wrócę), słowo „naród” i jego pochodne („narodowy, narodowość”) jest być może najważniejszym wyrazem – zaklęciem w języku prawicy. Ma za zadanie „zakończyć wszelką dyskusję i uniemożliwić jakikolwiek sprzeciw”. Słowo „naród” brzmi dumnie, w tekstach politycznych jest nacechowane pozytywnie, nawet przeciwnicy polityków prawicowych nie zmieniają jego wymowy na negatywną, mogą jedynie wcale go nie używać. Przeciwnikom bez większego ryzyka można zarzucić, że działają na szkodę interesu narodowego, wbrew interesowi narodowemu, prowadzą politykę antynarodową etc. (ten język to specjalność Antoniego Macierewicza). Anna Maslova (cytowana przez Polkowską) zauważa, że prawo do nazywania siebie narodem mają jedynie te osoby, które popierają nadawcę oraz jego partię. Każda krytyka słów wyrażanych przez „nadawcę” oraz jego sojuszników jest automatycznie przedstawiana jako napaść na naród. To słowo klucz często służy do utwierdzania czytelnika w „najbanalniejszej megalomanii narodowej” (Michał Głowiński).

Innym takim słowem kluczem jest „polskość”. „A dlaczegóż to mamy wchodzić do Unii Europejskiej, w której mamy się wyzbywać polskiej własności i polskiej ziemi. Dlaczego integracja europejska ma polegać na tym, że Polaków nie będzie, że państwa polskiego nie będzie, że ziemi polskiej nie będzie?” – pytał Antoni Macierewicz (2002 r.). Pracujemy nad projektem ustawy o sklepach wielkopowierzchniowych, „aby przywrócić Polskę Polakom, bo Polska należy do Polaków. Polska w tym przypadku (…) powinna być własnością Polaków…”.

Coraz częściej określenia „ludzie, obywatele, mieszkańcy, nawet pacjenci” są wypierane w języku publicznym przez „Polaków”. Można powiedzieć, że trwa inwazja „Polaków” na język polski. Typowe zwroty: „Polacy zasługują, Polacy mają dość, Polacy mają prawo, Polacy są pozbawiani, polskie rodziny otrzymują…” itp. „Polacy wiedzą, kto jest w Polsce uczciwy, a kto jest bandą, jak wy” (Jarosław Kaczyński, 2003 r.). Polkowska zbadała częstotliwość występowania 20 wyrazów w wystąpieniach posłów IV i V kadencji Sejmu. Posłowie prawicy użyli słowa „polski” 794 razy, a słowa „Polska” 559 razy. Wyrazy te nie zmieściły się nawet w pierwszej dwudziestce słownika lewicy. Polska to kraj dwujęzyczny. Zestawienie 10 najczęściej występujących „wyrazów o konkretnym znaczeniu, niezwiązanym z pracami Sejmu”: słowo „Polak” padało na prawicy trzy razy częściej niż na lewicy, a słowo „naród” odpowiednio 195 i 21 razy. Tendencja ta coraz bardziej się pogłębia, prawica naciska klawisze i pedały narodowego fortepianu coraz częściej, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]