POLITYKA

Czwartek, 23 listopada 2017

Polityka - nr 11 (3102) z dnia 2017-03-15; s. 66-68

Nauka

Dariusz JemielniakPiotr Stec

Naukowa rewolucja papierowa

W ciągu ostatnich 15 lat przeżyliśmy trzy reformy systemu nauki i szkolnictwa wyższego. Każda miała być tą jedyną i ostateczną, wprowadzającą nas na salony Wielkiej Nauki. Nadchodzi czwarta reforma. Równie doskonała i ostateczna.

Wicepremier i minister nauki Jarosław Gowin podszedł do sprawy ostrożnie: nie zaproponował od razu zmian, tylko ogłosił konkurs na pomysły reform. Wyłoniono trzy zespoły eksperckie, które opracowały założenia „Ustawy 2.0”, mającej na celu zmiany w systemie nauki i szkolnictwa wyższego: z Uniwersytetu SWPS, Uniwersytetu im. A. Mickiewicza i Instytutu Allerhanda (pozauniwersytecki prawniczy think tank – red.). Znamy już treść tych opracowań – to dobry moment, aby przyjrzeć się krytycznie samemu pomysłowi reformy.

Główny problem z nim nie polega na tym, że nie wiadomo, czy trzeba poprawiać. Nic nie jest idealne, nasz system uniwersytecki nie jest wyjątkiem. Zanim zaczniemy coś zmieniać, wypadałoby jednak zacząć od diagnozy. Ustalić, co działa, co nie, dlaczego tak jest i jak to zmienić, a także ocenić rezultaty poprzednich niedawnych zmian. Brakuje jasnych danych, a te, które mamy, dają niepełny obraz sytuacji. Wiemy natomiast, że nasze przepisy dotyczące uczelni mieszczą się w europejskich standardach. Finanse są na poziomie mniej więcej jednej trzeciej tego, co w Europie, ale pieniądze są bardziej efektywnie wydawane. Publikujemy wprawdzie dwa razy mniej niż Niemcy, ale mając trzy razy mniejsze środki. Według tzw. rankingu szanghajskiego w tysiącu najlepszych uczelni mieszczą się tylko dwie polskie, ale w innym, równie znanym porównaniu Times Higher Education jest ich już dziewięć, a sam ranking szanghajski ma metodykę, która w nikłym stopniu odzwierciedla aktualny poziom badań i dydaktyki. Mamy niską skuteczność w staraniu się o prestiżowe granty ERC, ale z kolei lutowy numer czasopisma „Nature” przyniósł wiadomość, że jeśli chodzi o wysokiej rangi publikacje, jesteśmy na 24. miejscu na świecie. Polska nauka to raj demagoga – w zależności od tego, które dane przytoczymy, będziemy albo liderem regionu, albo naukową pustynią. Jakkolwiek jednak byśmy nie tasowali danych, od samych rewolucji w regulacjach środków na badania nie przybywa.

Uniwersytet pod nadzorem

Zreformowane uczelnie, co zostało już przesądzone w Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju, będą się dzieliły na trzy typy: badawcze, badawczo-dydaktyczne i zawodowe. Z ideą tą zgadzają się wszystkie trzy zespoły reformatorskie. Uczelnie badawcze będą kształciły wysokiej klasy specjalistów i prowadziły badania na najwyższym poziomie. Badawczo-dydaktyczne mają kształcić specjalistów (jak można domniemywać, przeciętnej klasy?) i prowadzić badania naukowe na potrzeby regionu. Natomiast uczelnie zawodowe mają skupić się na dydaktyce i dostarczaniu lokalnemu rynkowi kadr w deficytowych obszarach. Na pierwszy rzut oka – jasno, klarownie i z sensem. Diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach.

Polska na pewno potrzebuje uczelni różnego typu, różnicujących swoje misje i wzajemnie uzupełniających się. Taki podział ma jednak sens tylko w jednym przypadku: jeśli każdej z tych uczelni stworzy się warunki, w których będzie mogła działać zgodnie z celem, dla którego została powołana. Dwa z trzech projektów ustawy przewidują jednak skupienie większości środków w uczelniach badawczych kosztem pozostałych dwóch typów.

Będzie to miało trzy istotne skutki. Po pierwsze, ograniczy szanse edukacyjne młodzieży z mniejszych ośrodków, której po prostu nie będzie stać na utrzymanie się w wielkim mieście, a tam, siłą rzeczy, zlokalizowane będą uczelnie badawcze. Podziały klasowe się pogłębią, a kapitał kulturowy i status społeczny będą w coraz większym stopniu dziedziczne, chyba że mocno zwiększy się zakres pomocy socjalnej dla studentów.

Po drugie, taka koncentracja środków oznacza, że przy obecnym budżecie uczelnie badawczo-dydaktyczne i dydaktyczne nie otrzymają dość pieniędzy, by skutecznie realizować swoje zadania. Będą więc chronicznie niedofinansowanymi szkołami dającymi fikcję wykształcenia i niebędącymi w stanie odgrywać roli zaplecza eksperckiego dla regionów. A kształcenie zawodowe na poziomie wyższym jest wbrew pozorom bardzo drogie, nie mówiąc nawet o kosztach badań stosowanych. Jak zatem ono ma wyglądać? Tego nie wiemy. Na razie jasne jest tylko to, że model uczelni badawczych jest wzorem, do którego aspirować będą wszystkie instytucje.

Po trzecie, nowy uniwersytet zostanie poddany ścisłemu nadzorowi, znacznie ograniczającemu jego autonomię. Silna kontrola procesu pracy naukowej prowadzi nie tyle do usamodzielnienia młodych zdolnych naukowców (jak chciałby optymistycznie to widzieć Instytut Allerhanda), co do zwiększenia władzy biurokratów: menedżerów uczelni średniego szczebla. To z kolei łatwo prowadzi do nasilenia absurdów biurokratycznych (raporty, zebrania, podbijanie karty w zakładzie, rozbudowany system celów do realizacji – brzmi znajomo?) zamiast koncentracji na celu właściwym, tj. zwiększaniu szans na dokonywanie znaczących odkryć naukowych.

Fetysz habilitacji

Fundamentalnym problemem, z którym wydają się borykać wszystkie trzy zespoły, jest też to, że dysfunkcje wynikające z kultury i obyczajów panujących w polskiej nauce usiłują poprawiać zmianami systemu ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]