POLITYKA

Poniedziałek, 18 grudnia 2017

Polityka - nr 37 (3127) z dnia 2017-09-13; s. 24-25

Ogląd i pogląd

Sławomir Sierakowski

Nie ma wolności bez praworządności

Dyktatura miewała w historii legitymację społeczną i była powoływana na wypadek zagrożenia przez wroga. Stawała się tyranią dopiero wtedy, gdy władza dyktatorska była jedynie uzurpowana, a wróg urojony.

Do dziś pozostało to, że dyktator swoje rządy uzasadnia koniecznością obrony przed śmiertelnym zagrożeniem. W nowożytnej Polsce, gdzie zapędy dyktatorskie miało przynajmniej trzech przywódców, za każdym razem uzasadnienie było takie samo: albo władza silnej ręki, albo państwo upadnie. Pierwszym był marszałek Piłsudski, drugim Władysław Gomułka, a trzecim jest Jarosław Kaczyński. Każdy z nich zaczynał jako przywódca społecznie zalegitymizowany, czyli cieszący się największą popularnością w społeczeństwie. Piłsudskiego w międzywojniu kochano jak półboga, dla Gomułki w 1956 r. jako bohatera odwilży i więźnia stalinizmu na wiec w Warszawie wyszło pół miliona Polaków. Kaczyński nigdy nie miał tej popularności, ale wygrał ze swoją partią demokratyczne wybory.

O ile Piłsudski i Gomułka ograniczali wolność i demokrację, uzasadniając zagrożeniem jednak realnym (w Polsce też mogło wydarzyć się to, co na Węgrzech w 1956 r. albo w Czechosłowacji w 1968 r.), o tyle Kaczyński i jego obóz, tak jak Donald Trump i inni populiści, muszą się posługiwać postprawdą, fake newsami i niechęcią do elit (politycznych, medialnych, naukowych, sądowych, biznesowych i innych). Kaczyński, pod hasłem „Polska w ruinie”, wygrywa wybory z Platformą Obywatelską, której rząd jako jedyny uniknął recesji gospodarczej i osiągnął przez osiem lat najlepsze wyniki gospodarcze w całej Europie (prawie 25 proc. zakumulowanego wzrostu gospodarczego, spadek bezrobocia z 15 do 8 proc. i deficytu z 8 do mniej niż 3 proc.).

Jak ta manipulacja była możliwa, nieźle opisali już inni, choć odtrutki dotąd nie wynaleziono, bo nie wydaje się, żeby w epoce postprawdy mogła być nią po prostu prawda podawana przez media głównego nurtu, intelektualistów, watchdogi i portale fact-checkingowe. Kręci się ona w zamkniętym świecie mediów społecznych jednego obozu, ale nie przebija się do drugiego.

Różnica między systemem dyktatorskim w Polsce i w USA jest jednak zasadnicza. Timothy Snyder napisał „O tyranii” jako kodeks postępowania na czas prezydentury Donalda Trumpa. Ale inspirację i naukę czerpał z Europy Wschodniej, przede wszystkim z Polski. Pamiętam rozmowę u niego w domu w New Haven w listopadzie, kilka dni przed wyborami w USA, gdy po kolejnej wpadce Trumpa sondaże poszły w dół i wszystkim wydawało się, że kandydat republikanów nie ma już szans. Powiedziałem, że nie mam wątpliwości, że wygra, a Snyder – że to niemożliwe. Kilka miesięcy później w „O tyranii” przyznał, że tylko jego przyjaciele z Europy Wschodniej przewidzieli zwycięstwo Trumpa (to samo mógłby powiedzieć o brexicie).

W środku protestów przeciwko ustawom likwidującym niezależność sądów Snyder, który również chodził na demonstracje w Warszawie, dodał jeszcze kilka wniosków w dyskusji zorganizowanej na szybko w siedzibie Krytyki Politycznej. Pierwszy jest oczywisty dla każdego, kto broni dziś demokracji liberalnej przed Kaczyńskim: upadek demokracji w pasie Europy Wschodniej między Europą Zachodnią a Rosją oznacza śmiertelne zagrożenie dla suwerenności.

Drugi wniosek brzmi tak: „Tradycyjnym błędem lewicy jest wiara w Unię Europejską bez państw narodowych, ale tradycyjnym błędem prawicy jest wiara w państwa narodowe bez Unii Europejskiej. Jeśli dyktatorskie rządy na Węgrzech, w Polsce i w innym miejscu w tym regionie się utrzymają, to Niemcy i Francuzi znajdą sposób, by ograniczyć integrację europejską i pozostawić was z boku. Członkostwo Polski w Unii nie jest straszliwie popularne”. Podobnie może być z NATO. „Prawica w Polsce traktuje NATO jak mamusię. Mamusia zawsze będzie z nami. Polska prawica uważa, że Amerykanie mają tu swoje strategiczne interesy. NATO nie jest mamusią”. Snyder ma rację, choćby z tego powodu, że chociaż Trump przyjechał do Polski w zamian za obiecane mu oklaski, to wcale nie uważa, że Ameryka ma tu jakieś strategiczne interesy. A amerykańscy politycy, tacy jak John McCain, którzy się z Trumpem nie zgadzają, to są ci sami, którzy wrażliwi są na to, czy w Polsce będzie demokracja czy nie.

Snyder, jako znawca Ukrainy, najlepiej rozumie też znaczenie praworządności dla suwerenności kraju. Jeśli Kaczyński rozmontuje w Polsce praworządność, grozi nam geopolitycznie ukrainizacja. W państwie bez praworządności lepiej radzić sobie będą przedsiębiorstwa rosyjskie, a nie zachodnie. To także jest droga do utraty suwerenności.

Różnica między USA, Wielką Brytanią, Niemcami i Polską polega na tym, że najgorsze, najbardziej dyktatorskie rządy Donalda Trumpa nie zagrożą suwerenności Ameryki. Amerykanie nie stracą niepodległości i nie znikną z mapy. Nie podporządkują się innemu państwu. ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Sławomir Sierakowski – socjolog i komentator polityczny. Absolwent Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych (w ramach których studiował socjologię, filozofię i ekonomię) i stypendysta na Uniwersytetach Yale, Princeton, Harvarda. Twórca „Krytyki Politycznej”. Publikuje m.in. w „The New York Times”, „The Guardian” i „Project Sindicate”. Dyrektor Instytutu Studiów Zaawansowanych w Warszawie.