POLITYKA

środa, 22 maja 2019

Polityka - nr 46 (2219) z dnia 1999-11-13; s. 20-21

Kraj

Andrzej Osęka

Nie swoje nie tuczy

Przeciwnicy reprywatyzacji przedstawiają rzecz tak, jakby z jednej strony stała Polska, byt z samej szlachetności i męczeństwa utkany, z natury nic nikomu niewinny, z drugiej zaś - pazerni egoiści, bezduszni kamienicznicy, jaśniepaństwo spasione na nędzy ludu. To jest zdumiewające połączenie prawicowej mitologii świętego narodu z lewicową wersją sprawiedliwości społecznej, w myśl której wszelkie dobra należą się raczej temu, kto do nich nie ma prawa własności.

Słucham, jak do rozgłośni żyjącej z tematów drażliwych dzwonią ludzie i padają wciąż te same natarczywe pytania: dlaczego Polska ma dziś zwracać kamienicznikom i obszarnikom to, co im kiedyś zabrali hitlerowcy i komuniści? W trakcie innej debaty nad reprywatyzacją ktoś opowiadał o swym ojcu, maltretowanym w stalinowskim więzieniu, o własnej młodości, przeżytej w strachu i szarzyźnie PRL. Wobec tego rodzaju cierpień roszczenia w sprawie utraconych dóbr materialnych wydają się rzeczą małostkową. Przypominano też rabunek, jakim były dla rolników obowiązkowe dostawy, dla robotników - groszowe płace przy morderczej dyscyplinie pracy. Lista dziejowych niesprawiedliwości, które się w naszym kraju w ciągu pół wieku nagromadziły, jest długa. Wielu krzywd nie da się już wynagrodzić - bo są nieodwracalne, a zarazem nie można ich ująć w żadne miary. Czy to jednak znaczy, że powinniśmy zostawić wszystko po staremu, gdy na przykład wiadomo, komu co z naruszeniem prawa zabrano i kto to teraz ma w swym użytkowaniu?