POLITYKA

środa, 21 sierpnia 2019

Polityka - nr 7 (2542) z dnia 2006-02-18; s. 4-12

Raport / Na deskach

Piotr PytlakowskiEwa Winnicka

Nie tylko dla orłów

W konkurencjach alpejskich zimowej olimpiady – zjazdach i slalomach – polscy zawodnicy prezentują się jak słynny niegdyś Brytyjczyk Eddie „Orzeł” Edwards, który lądował kilkadziesiąt metrów bliżej niż rywale. A przecież aż osiem milionów rodaków deklaruje umiejętność jazdy narciarskiej, a połowa z nich w miarę regularnie na nartach jeździ. Mamy góry, śnieg i sprzęt, i narciarzy, ale biznesu i sportu narciarskiego jak na lekarstwo. Dlaczego? Bo Polacy się żrą.

To nieprawda, że tylko sportowcy z krajów alpejskich mogą zdobywać laury w konkurencjach zjazdowych. Sukcesy osiągają Szwedzi, Norwegowie, Finowie, Hiszpanie i Chorwaci. W czołówce pojawiają się Czesi, Słowacy i Rosjanie, którzy trenują w podobnych warunkach jak Polacy. Kiedy narciarstwo alpejskie uprawiała w Polsce zaledwie garstka, trafiały się rodzynki w rodzaju braci Bachledów i sióstr Tlałkówien. Teraz – kiedy rodacy masowo szusują na alpejskich lodowcach i na oko umiejętnościami wcale nie odstają od Austriaków, Włochów czy Francuzów – w sporcie zjazdowym kompletnie przestali się liczyć.

Polski Związek Narciarski, korzystając z niebywałego rozkwitu talentu Adama Małysza, zasłania się skokami jak parawanem i tylko w kadrę skoczków inwestuje. Mająca zadatki na mistrzynię biegaczka Justyna Kowalczyk narzekała tuż przed olimpiadą, że przydzielono jej za mało środków na przygotowania. Alpejczycy w centrali narciarskiej zauważani są na szarym końcu. Tak jakby działacze z góry uznali, że szkoda czasu i pieniędzy.

Jeden z&...