POLITYKA

Piątek, 17 listopada 2017

Polityka - nr 34 (3124) z dnia 2017-08-23; s. 6

Ludzie i wydarzenia / Przy-pisy Redaktora Naczelnego

Jerzy Baczyński

Nierzeczywistość

Im dalej od ubiegłotygodniowej nawałnicy, tym lepiej rząd sobie z nią radzi. Spektakularna porażka zmienia się w sukces, organizacyjna indolencja w stanowczość i empatię. Cała państwowa machina propagandowa ruszyła zmieniać przeszłość. Pani premier – już wiemy – tuż po nawałnicy zajmowała się koordynacją służb państwowych i dlatego nie mogła pojechać na miejsce kataklizmu, ale za to teraz odwiedza poszkodowane rodziny i obiecuje pieniądze, upominając samorządy, aby nie opóźniały wypłat. Minister Macierewicz też podjechał rządową limuzyną w teren pochwalić poświęcenie wojska, które co prawda skierowano tam długo po katastrofie, ale nie było wcześniej potrzeby. Minister Błaszczak, zwierzchnik wojewody Dariusza Drelicha, krytykowanego za brak należytej, wręcz jakiejkolwiek reakcji, odpowiedział, że oto totalna opozycja „lansuje się na ludzkiej tragedii”, po czym zaatakował „za ospałość” niepisowskiego marszałka województwa, który akurat, jak właściwie wszystkie lokalne władze samorządowe, działał natychmiast i właściwie bez zarzutu. Po trzech–czterech dniach od tragedii, kiedy minął pierwszy stupor rządu, zostały chyba wreszcie sformułowane przekazy dnia: jeśli coś było źle, to winne są samorządy (w tym rejonie głównie niezwiązane z PiS). A rząd byłby jeszcze bardziej skuteczny, gdyby miał jeszcze więcej władzy. Na tym polega istota każdej propagandy: ważne są nie fakty, ale to, czego ludzie o nich się dowiedzą i co będą myśleć.

Tym razem być może władzy nie uda się narzucić swojej interpretacji wydarzeń, bo zbyt wielu było świadków i za późno (długi weekend) nastąpiła propagandowa kontrakcja. Ale w toczonych nieustannie wojnach narracji politycznych to zwykle władza ma przewagę nad opozycją. Wbrew temu, co głosi PiS, opozycja „nie dysponuje” żadnymi własnymi mediami; nawet gazety, stacje radiowe i telewizyjne opisywane jako „skrajnie antyrządowe” są wobec opozycji bardzo krytyczne i zdystansowane, a politycy nie mają na nie żadnego wpływu. Po drugiej stronie jest zwarty układ medialny, silnie powiązany z rządzącą partią finansowo, organizacyjnie, politycznie, personalnie, ideowo. Zauważalna rywalizacja między poszczególnymi tytułami czy mikrośrodowiskami toczy się głównie o to, kto lepiej rozumie „linię rewolucji”, a przede wszystkim o dostęp do pieniędzy ze spółek Skarbu Państwa oraz o wpływy w najpotężniejszym medium grupy – TVP. Rozsądek podpowiada, że większość twórców „informacyjnych programów TVP”, z samym Jackiem Kurskim na czele, ma – musi mieć – pełną świadomość, że uczestniczy w produkcji specyficznego reality show, pod potrzeby i wyobrażenia – jak w filmie „Good bye, Lenin!” – jednego widza, dysponenta ich karier. Ale co z tego? Już nikt, nawet opozycja, nie ma siły protestować przeciwko tak jawnej, bezwstydnej prywatyzacji publicznych mediów, przekształceniu ich w narzędzia partyjnej propagandy i osobistych interesów, hojnie finansowane z publicznych pieniędzy (ostatnio TVP dostała w formie pomocy budżetowej 800 mln zł).

Kolega, który (masochistycznie) przynajmniej raz w tygodniu ogląda „Wiadomości” TVP i programy informacyjne TVP Info, mówi, że przed startem ma odruchy jak w samolocie: zapiąć pasy w fotelu, rozejrzeć się, gdzie jest aparat tlenowy, przygotować torebkę na wypadek mdłości. (W tym numerze Grzegorz Rzeczkowski relacjonuje swoją 10-dniową, heroiczną podróż na tamtą stronę). TVP udało się bowiem wykreować całkowicie alternatywną rzeczywistość, w której znane nam fakty podlegają najrozmaitszym deformacjom, słowa zmieniają znaczenie, pojawiają się zdarzenia nieistniejące, mylą kierunki, a zamiast żywych ludzi występują ich awatary, zaprogramowane do wyrażania zadanych formuł. Każdemu, kto z jakichkolwiek powodów w tym świecie utknął, trudno będzie kiedykolwiek wrócić na obcą, wrogą, nieznaną ziemię, którą kiedyś opuścił wraz z PiS. Co prawda w minionym roku setki tysięcy widzów przy pomocy pilota zdążyły jeszcze odlecieć z krainy TVP; jest też spora grupa, która się tam po prostu bawi, o czym świadczą liczne strony internetowe, uprawiające radosną „bekę” z piswizji (przebojem są zwłaszcza tzw. paski informacyjne). Ale w zasięgu promieniowania tego medium znajduje się bezpośrednio i trwale zapewne 2–3 mln ludzi. I jest to potencjalnie potężna polityczna siła. Nie można też nie zauważyć, jak bardzo pisowska propaganda rozprzestrzenia się na odległe obszary, przenosi, także przy pomocy armii trolli i botów, do internetu, zatruwa, choćby na zasadzie wymuszonej reakcji, media i środowiska opozycyjne. Pozostając w kręgu fantasy: Imperium dysponuje armią, jakiej nigdy nie będzie miała Republika.

Wiele osób sądzi, że ta propaganda jest tak toporna, a stosowane techniki manipulacyjne tak znane i czytelne (czytaj s. 15), że nie mogą być bardzo skuteczne. Hola, hola! Tak kpiliśmy z propagandy PRL, a przeżyła ona o ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]