POLITYKA

Czwartek, 23 maja 2019

Polityka - nr 50 (2584) z dnia 2006-12-16; s. 74-75

Historia

Janusz Tazbir

Nos niecały, gęba przecięta

Polska historia pełna jest ran i noszonych po nich blizn. Jedne były przyczyną wstydu, inne – przeciwnie – powodem do dumy. Czasami potrzeba posiadania widocznego znaku męstwa doprowadzała do kuriozalnych zachowań.

Blizny, jakie pozostają po każdej poważniejszej ranie, można z grubsza podzielić na trzy podstawowe grupy. Pierwsza z nich jest związana z chirurgią rytualną, a więc obrzezaniem czy kastracją, okaleczaniem dziewcząt poprzez wycinanie części narządów seksualnych. Ma to miejsce w społeczeństwach prymitywnych, pozostających na niższym szczeblu rozwoju. Owym ranom symbolicznym poświęcił interesującą rozprawę socjolog i etnolog Bruno Bettelheim. Drugą grupę stanowiły blizny zwane szelmowskimi lub niepoczciwymi, a więc po ranach powstałych w mało chlubnych okolicznościach, w trakcie bójek, odbywających się najczęściej po karczmach. Trzecią wreszcie, chwalebne blizny po ranach odniesionych na wojnie jak również w trakcie pojedynków. Przemierzający Rzeczpospolitą w latach 1670–1672 Ulryk von Werdum zapisał, że wśród Polaków uchodzi za rzecz zaszczytną „być naznaczonym tu i tam, zwłaszcza zaś na twarzy, pięknymi bliznami i szramami”.

Jeszcze zresztą w XIX w. brak widocznej blizny na twarzy uważano w Niemczech za dowód zniewieściałości. Tylko chyba jednak ...