POLITYKA

środa, 22 listopada 2017

Polityka - nr 32 (2717) z dnia 2009-08-08; s. 10-11

Temat tygodnia

Janina Paradowska

Nowe szaty prezydenta

Wizerunek prezydenta w czasach, kiedy szefem kancelarii pozostawał zdymisjonowany właśnie Piotr Kownacki, był obrazem polityka kłótliwego, politycznie agresywnego, a przy tym małostkowego. To w tym okresie toczyły się najcięższe boje o wyjazdy do Brukseli (słynne wojny o krzesła i samoloty), najostrzejsze potyczki z PO i rządem, ponieważ minister Kownacki uwielbiał popisywanie się złośliwościami.

Teraz, za Władysława Stasiaka, prezydent, a może tylko jego wizerunek, ma być łagodny, miły, mniej nastawiony na wojny, a bardziej na budowę silnego państwa. „Dziennik” ogłosił nawet na czołówce „Prezydent pomoże rządowi”, pod którym to tytułem znalazła się wstrząsająca informacja, że prezydent nie zawetuje jednej z podstawowych ustaw z tak zwanego pakietu antykryzysowego. Dopiero z nieco bardziej rozwiniętej informacji można się było dowiedzieć, że nie zawetuje, bo chce, żeby się rząd na niej potknął, nie mając pieniędzy na jej realizację; podobnie jak podpisał ustawę o koszyku usług zdrowotnych, w przekonaniu, że rząd niczego tu nie poprawi i będzie można go rozliczyć, co już prezydent zapowiedział. Ale już podpisanie ustawy o elastycznym czasie pracy zostało odebrane niemal jako „nowe otwarcie”. Otoczenie Lecha Kaczyńskiego od dawna głosi, że prezydent miałby dziś notowania podobne do tych, jakie miał Aleksander Kwaśniewski, gdyby nie fatalny, daleko odbiegający od rzeczywistości medialny wizerunek, którego kolejni szefowie kancelarii nie potrafili poprawić.

W tym ujęciu prezydent sprowadzany jest jednak do roli jakiegoś bezwolnego postumentu, na którym kolejni urzędnicy zawieszają coraz to nowe dekoracje mające uwieść wyborcę. Można więc zadać pytanie, dlaczego, skoro tak wielu tak różnych te wizerunki zawieszało (Urbański, Fotyga, Kamiński, Szczygło, Kownacki), nic się nie zmienia, a sondażowe drgnięcia (ostatnio prezydent coś zyskał, ale minimalnie) nie zmniejszają frustracji związanej z oddalającą się wizją reelekcji, w którą już nawet politycy PiS nie wierzą.

Operacja wyłącznie wizerunkowa mogła się powieść raz, przy pierwszym wyborze, kiedy to pokazywano nam, jak się potem okazało, mocno zafałszowane plakaty szczęśliwej rodziny oraz męża stanu, twórcę Muzeum Powstania Warszawskiego, a więc wielkiego patriotę. Reelekcja to już jednak zupełnie inna sprawa. W niej trzeba się zmierzyć z pięcioma latami na stanowisku, z ocenami ugruntowanymi poprzez sposób sprawowania urzędu, porównaniami z kadencjami poprzednika. Trzeba się zmierzyć z pytaniem podstawowym: czy Lech Kaczyński nadaje się na prezydenta? Wszak już po kilku miesiącach sprawowania urzędu większość Polaków uznała, że się nie nadaje.

Jaki prezydent, tacy ministrowie

Może więc trzeba wreszcie odwrócić sytuację i powiedzieć wyraźnie, że otoczenie prezydenta jest ukształtowane właśnie przez niego. Bardzo pasuje do jego osobowości, jest na kształt wygodnych kapci, dających komfort odpoczynku i poczucie bezpieczeństwa przy długich wieczornych rozmowach i wspomnieniach przy winie. Jest przecież sprawą powszechnie znaną, że prezydent blisko współpracuje tylko z tymi, z którymi przemierzał kolejne szczeble swej kariery i do których ma pełne zaufanie. Piotr Kownacki nie tylko dlatego został szefem kancelarii, że – jak się wydawało – miał urzędnicze kwalifikacje, ale przede wszystkim dlatego, że wspólnie z Lechem Kaczyńskim był w NIK, potem z jego poręki został prezesem Orlenu, a gdy posadę stracił, znalazł miejsce w pałacu.

Być może prezydent nie przewidział, że w Kownackim obudzi się polityczny lew, że zamarzy o własnej karierze politycznej, do czego zresztą publicznie się przyznawał. Może Kownacki uznał, że już wszystko może, i udzielił wywiadu, opisując prawdziwy sposób urzędowania głowy państwa. Wiele wskazuje na to, że o dymisji raczej nie myślał, mimo że został solidnie przez prezydenta publicznie sponiewierany za zaniedbania w podpisywaniu papierów nadchodzących z MSZ. Wieść zresztą niesie, że akurat w tej sprawie jego wina była raczej drugorzędna, bowiem większość papierów leżała na zupełnie innym biurku.

I to nie otoczenie prezydenta jest zasadniczym składnikiem jego wizerunku, ale właśnie sam Lech Kaczyński. Sytuacje opisywane przez Piotra Kownackiego były tak wiarygodne, gdyż idealnie wpisywały się w osobowość Lecha Kaczyńskiego – chaos, praca bez planu, ciągłe zmiany zamiarów, w ostatniej chwili anulowane wizyty i spotkania, „rozedrganie”, lęki i kaprysy. Taki stan trwał przecież od początku tej prezydentury.

Można nawet odnieść wrażenie, ostatnio zresztą oficjalnie potwierdzone ogłoszeniem rekordowej liczby lotów na Wybrzeże, że jedynym stabilnym elementem planów prezydenta są od lat weekendowe wyjazdy do Juraty, który to ośrodek nadzwyczajnie przypadł mu do gustu. Tam w luksusową izolację sprawy państwowe wkraczają w ograniczonym zakresie. Przecież od początku tej prezydentury widać gołym okiem, że Lech Kaczyński źle się czuje w prezydenckim gorsecie, mimo iż nabył pewnej rutyny, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]