POLITYKA

środa, 22 maja 2019

Polityka - nr 26 (2510) z dnia 2005-07-02; s. 24-26

Kraj / Kandydaci do Sejmu

Jan Dziadul  [wsp.]Agnieszka ZagnerAgnieszka Rybak  [wsp.]

Nowi, a nawet starzy

Trwa gorączkowe układanie list wyborczych. Poza Sejmem, jak wiadomo, dla polityka nie ma życia. Przyszedł więc czas na przepychanie łokciami, rzecz jasna pod hasłem, aby zwyciężyli najlepsi i najuczciwsi. A zapewne wyjdzie jak zwykle.

Nie jest wielką sztuką znaleźć się na liście. O losie kandydata decyduje jednak tak zwane miejsce wchodzące. W okręgach, w zależności od liczby wyborców, do wzięcia jest ogółem od 7 do 19 mandatów. Mało który zainteresowany ma tak znane nazwisko, aby mógł liczyć na to, że wyborca odszuka go na długiej liście i postawi przy nim krzyżyk. Zazwyczaj zakreśla któreś z pierwszych.

W praktyce, w przypadku silnych sondażowo ugrupowań w średnim okręgu liczą się pierwsze trzy, cztery miejsca na liście, w przypadku słabszych – pierwsze, najwyżej drugie miejsce. Większość kandydatów to statyści, którzy chcą zaistnieć, pokazać się w mediach i zwiększyć swoje szanse za cztery lata.

Mam tylko jedno pierwsze, drugie i trzecie miejsce, a na każde wielu chętnych – zżyma się Wiesław Kowalski, szef lubelskiej Platformy Obywatelskiej. Trzeba pogodzić nowych ze starymi. Z nowych w Lublinie pierwsze miejsce na liście PO może zająć wł...

Zbieranie podpisów, czyli dusze żywe i martwe

Aby zarejestrować listy w wyborach do parlamentu, komitety wyborcze muszą zebrać 5 tys. ważnych podpisów w okręgu (gdy zrobią to w 21 spośród 41 okręgów, w pozostałych mogą wystawić listy nie poparte autografami). W wyborach prezydenckich do rejestracji samego komitetu wyborczego potrzeba tysiąca podpisów. Żeby zarejestrować kandydata – aż 100 tys.

Podpisy wymyślono po to, by wyeliminować z politycznej gry mikrosokopijne partie bez szans na przekroczenie progu wyborczego, ekscentryków chcących w swoim CV wpisać: „Kandydat na prezydenta” i biznesmenów próbujących w kampanii wypromować własne produkty za pomocą bezpłatnego czasu antenowego w publicznym radiu i telewizji.

Bohdan Szcześniak, dyrektor wydziału prawnego i organizacji wyborów PKW, przyznaje: – Podpisy są kryminogenne. Bo komisja nie ma możliwości ich rzetelnej weryfikacji przed zarejestrowaniem komitetu lub kandydata.

Poprawność podpisów sprawdzają Państwowa Komisja Wyborcza (na prezydenta) i okręgowe komisje wyborcze (w wyborach parlamentarnych). Komisje, często kilkuosobowe, mają na to trzy dni. Sprawdzanie koncentruje się więc tylko na tym, czy przyniesione karty spełniają wymogi ustawowe. W szczycie wyborczego sezonu do ich weryfikacji zatrudnia się kilkanaście dodatkowych osób na umowę-zlecenie.

Choć teoretycznie mogą wzywać osoby z listy i pytać, czy podpis jest autentyczny, w praktyce ograniczają się do weryfikacji podpisów przez PESEL. Czasem, gdy fałszerze są wyjątkowo nieudolni, przynosi to efekty. Tak było w ubiegłym roku przy okazji wyborów uzupełniających do Senatu, kiedy sfałszowane podpisy z poparciem kandydata złożyła Konfederacja Ruchu Obrony Bezrobotnych RP. Przy sprawdzaniu okazało się, że na 1279 podpisów w 458 błędnie została podana płeć (jedna z cyfr w numerze PESEL).

Jednak sprawy o fałszowanie najczęściej kończą się jak ta – umorzeniem. Prokuratura rejonowa w maju wydała taką decyzję ze względu na niewykrycie sprawcy. Przesłuchany pełnomocnik stwierdził, że nie wie, kto i kiedy zbierał podpisy. – W tej chwili nie ma obowiązku rejestrowania takich osób. W postępowaniach o fałszerstwa bardzo by to pomogło – mówi Piotr Woźniak, szef prokuratury Rejonowej Warszawa Śródmieście.

Sąd Rejonowy w Pile już ponad rok prowadzi sprawę o fałszerstwo podpisów na listach wyborczych Renaty Beger. Do tej pory sądowi udało się przesłuchać 210 z 1720 świadków.