POLITYKA

Czwartek, 23 listopada 2017

Polityka - nr 2 (3093) z dnia 2017-01-11; s. 44-45

Rynek / Polemika

Cezary Stypułkowski

O nadużyciu abuzywności

Opublikowany w POLITYCE wywiad z mecenas Barbarą Garlacz, która reprezentuje „frankowiczów” w procesach sądowych przeciwko bankom, skłonił prezesa zarządu mBanku do polemiki. To ważny spór, nie tylko dla spłacających kredyty.

Pani mecenas Barbara Garlacz (POLITYKA 47/16) z sympatią wypowiada się o kilku wydanych niedawno – korzystnych dla kredytobiorców – orzeczeniach sądowych. Jednocześnie pomija serię korzystnych dla banków wyroków, w tym dotychczasowe orzecznictwo Sądu Najwyższego w sprawach frankowych. Jak można wywnioskować z wywiadu, preferowanym przez mecenas Garlacz uzasadnieniem dla orzeczenia nieważności umów o kredyty frankowe (indeksowane i denominowane) jest uznanie ich za sprzeczne z prawem bankowym. (Domyślam się, że chodzi o to, iż przed 2011 r. nie były one expressis verbis wymienione w artykule 69. ustawy). Jak stwierdza, „biorąc pod uwagę (...) konstrukcję kredytu indeksowanego, bliżej jej do terminowej operacji finansowej niż kredytu”.

W przypadku gdyby sąd miał obiekcje do takiej interpretacji, podpowiada unieważnienie z powodu zastosowania tzw. klauzul abuzywnych (niedozwolone, sprzeczne z dobrymi obyczajami, narzucone – red.). Powołując się na jedno z orzeczeń, stwierdza, iż „fakt, że bank ustalił swój kurs kupna w oparciu o zapisy abuzywne, spowodował, że nie ma kursu, po którym należałoby kwotę w złotówkach (...) zamienić na franki”.

W konkluzji zaleca „nieschematyczne” spojrzenie i wzywa do „odwagi sądów, bo banki wbrew populistycznym tezom są przygotowane na najbardziej rygorystyczne orzeczenia”. Pani mecenas nie wskazuje, że orzeczenia sądów stwierdzające nieważność umów kredytowych z powodu abuzywności ich postanowień są zjawiskiem zupełnie marginalnym i wyobcowanym. Sąd Najwyższy, który już miał okazję orzekać w sprawach frankowych, nie odpowiedział na wezwanie do odwagi i żadnego kredytu frankowego nie unieważnił.

W ostatnich miesiącach podobnych publikacji ukazało się w mediach więcej. Większość z nich prezentowała zdecydowanie antybankowe nastawienie, a autorami wielu z nich byli prawnicy reprezentujący frankowiczów w sporach z bankami. Bardzo mnie niepokoi, że podobnie skrajnie antybankowe i abstrahujące od linii orzeczniczej Sądu Najwyższego stanowisko przedstawili też publicznie rzecznik finansowy oraz prezes UOKiK.

Od 2010 r. jestem prezesem zarządu mBanku. Bank ten w latach 2004–08 aktywnie udzielał kredytów frankowych. W sumie w tym okresie udzielił ok. 7 mld franków mieszkaniowych kredytów hipotecznych, finansując je zaciągniętymi zobowiązaniami zagranicznymi we frankach. Obecnie portfel ten wynosi 4,7 mld CHF, czyli ponad 19 mld zł. To niewątpliwie kwota na tyle duża, że uzasadnia moje zaangażowanie w publiczną dyskusję w tej sprawie*.

Zacznę od „walutowości” kredytów. Kiedy w latach 2004–08 były zawierane umowy o kredyty indeksowane i denominowane, wszyscy świetnie wiedzieli, o co chodzi. W kraju nie było kapitału na finansowanie mieszkań, a odsetki dla złotówek były bardzo wysokie. Wiadomo było, że chodzi o zaciągnięcie kredytu możliwie najniżej oprocentowanego (a taką możliwość dawał frank szwajcarski, bo miał i ma nadal najniższy LIBOR), tak aby udział odsetek w ratach kapitałowo-odsetkowych był jak najmniejszy. To bowiem pozwalało przy danym poziomie dochodu kredytobiorcy zwiększyć udział wypłacanego kapitału i liczbę metrów kwadratowych kupowanego mieszkania. Nikomu nie przeszkadzało, że wypłata kredytu następuje w złotych. Wręcz przeciwnie. Tak było najlepiej dla kredytobiorcy, bo sprzedawca mieszkania oczekiwał zapłaty w złotych. Nikomu także nie przeszkadzało, że w umowie określona była sztywna, wynikająca z umowy nabycia mieszkania, kwota w złotych i wstępna w walucie z zaznaczeniem, że będzie określona ostatecznie w dniu uruchomienia kredytu według kursu z tego dnia.

Mało tego. Nikt nie protestował, jeśli w związku z dość systematycznym spadkiem kursu CHF w latach 2004–08 kolejne raty kapitałowo-odsetkowe okazywały się po przeliczeniu na złote coraz niższe. Mało komu wtedy przeszkadzało, że są przeliczane według tabeli banku. Nikt nie domagał się, aby unieważnić klauzulę indeksacyjną i za podstawę spłat przyjmować wypłacone złotówki. Kredytobiorcom bardzo to się podobało i wszystko świetnie rozumieli. Przestało się podobać od września 2008 r., kiedy to rozpoczął się trwający do dzisiaj trend relatywnego osłabiania się złotego i relatywnego umacniania się franka. Wtedy okazało się, że podobno wielu kredytobiorców przestało rozumieć to, co świetnie rozumieli wcześniej. Zaczęło się poszukiwanie argumentów kwestionujących ważność umów oraz odwoływanie się, gdzieś od początków 2011 r., do niedozwolonych (abuzywnych) klauzul umownych.

Tak naprawdę nie chodzi zatem o konstrukcję umów indeksowanych i denominowanych ani o bankowe tabele kursowe. Problem polega na tym, że frank (który kosztował od 2,80 zł w 2004 r., 2,60 w 2005 r., 2,40 w 2006 r., 2,20 w 2007 r. i 2 zł w połowie 2008 r.) dzisiaj kosztuje 4,08 zł. Jestem pewien, że gdyby za jakiś czas kurs ten wrócił do 2 zł, okazałoby się, że wszystkie umowy indeksowane są jak najbardziej OK, wszyscy znowu wszystko rozumieją i&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]