POLITYKA

Piątek, 22 lutego 2019

Polityka - nr 32 (2516) z dnia 2005-08-13; s. 4-11

Raport

Martyna BundaRyszarda SochaIgor T. Miecik

Oblężone miasta

Polskie miasta wchodzą w modę. Jeśli jest się Niemcem, modnie jest pojechać na weekend do Wrocławia. Jeśli młodym Anglikiem – wypada polecieć na wieczór kawalerski do Krakowa. Gdy jest się odpowiednio sytuowanym Polakiem, w najlepszym tonie jest kupić apartament w Sopocie. Na udany wypad nadają się Łódź, Poznań, Zamość, Lublin, Gdańsk albo Elbląg. Toruń, Kielce gonią liderów. Historycy kiedyś odnotują: przełom wieku XX i XXI, rozkwit miast – nie zawsze planowany efekt transformacji ustrojowej. Uboczny, a jakże przyjemny.

Zabytkowy Kraków miał się rozpaść w proch, jak jeszcze 15 lat temu wróżono w związku z zabójczą działalnością Huty, wtedy jeszcze Lenina. Wrocław wydawał się skazańcem, ściągającym na siebie wszystkie nieszczęścia, powodzie zwłaszcza. Zamość karlał, no bo kto nie skarleje, jak nie ma przemysłu? Zresztą to akurat zagrożenie wydawało się dotyczyć wszystkich polskich miast, bo w każdym słabł jakiś żywiciel jedyny i niezastąpiony, jak nie huta, to stocznia albo i cały przemysł, np. łódzkie włókiennictwo.

Przemysł turystyczny wydawał się zbyt lichym kołem zamachowym, do zastosowania raczej na Mazurach albo w nadmorskich kurortach, a perspektywa, by miasto żyło głównie z tego, że jest udanym miastem, była całkowicie utopijna. A jednak. Coraz więcej miast żyje całodobowo, ma swoją aurę i na niej zarabia.

Warunkiem ich sukcesu jest odpowiedni popyt. Jak zauważa dr Krzysztof Łopaciński, prezes Instytutu Turystyki, zajmującego się opracowywaniem specjalistycznych ekspertyz w tej dziedzinie, pierwszy impuls dała tak zwana ...

Tagi

miastadaneturystyka