POLITYKA

Czwartek, 14 grudnia 2017

Polityka - nr 48 (3087) z dnia 2016-11-23; s. 50-52

Świat

Tomasz Zalewski

Obywatele do wyrzucenia

Prawdopodobnie nikt nie odczuje tak źle prezydentury Donalda Trumpa jak nielegalni imigranci w USA. Dla nich będzie to brutalna pobudka z american dream, w którym żyją bez papierów od dziesięcioleci.

Nikt nie policzył, ilu dokładnie mieszka w USA nielegalnych imigrantów. Mówi się o 11–12 mln, ale to szacunkowe dane; może jest ich więcej. To ci, którzy przeniknęli przez granice niezauważeni i żyją w nowym kraju bez prawa pobytu ani pracy, oraz ci, którzy wjechali z wizami w paszporcie, ale przedłużyli pobyt poza okres ich ważności. Przeważająca większość to przybysze z Ameryki Łacińskiej, z czego ponad połowa z Meksyku. Mimo swego statusu wielu niemal normalnie funkcjonuje w Ameryce od lat. Jak to robią?

Kiedy decydują się na emigrację, wiedzą, że czeka ich droga przez mękę, życie na pograniczu prawa albo poza nim, ale sądzą, że będzie to i tak lepsze życie niż w ich ojczystym kraju. A jeśli się poszczęści, czeka ich w końcu spełnienie amerykańskiego marzenia. Wyruszają więc na północ z Gwatemali, Hondurasu, Salwadoru, autobusami albo pociągami, na dachach wagonów. Po drodze wielu pada ofiarą gangów, które mogą ich obrabować i zabić. W Meksyku dołączają do miejscowych, którzy też ciągną nad północną granicę. Coyotes, zawodowi szmuglerzy, pobierają od nich 2–4 tys. dol. za przeprowadzenie na drugą stronę, żądając często dodatkowych przysług, od kobiet – seksualnych. Po przejściu granicy w Arizonie czy Nowym Meksyku czeka ich marsz przez pustynię, gdzie trzeba uważać na Border Patrol i grzechotniki.

Niektórzy wcześniej próbowali przyjechać do USA legalnie, ale aby dostać wizę, trzeba spełnić wiele warunków – wykazać się dochodami, wykształceniem albo udowodnić, że chodzi o połączenie z rodziną. Większość kandydatów na przyjazd nie spełnia tych kryteriów, dlatego ryzykują przejście przez zieloną granicę. Czasem się nie udaje, wypatrzą ich reflektory straży granicznej, która osadzi ich w areszcie, skąd zostaną odesłani do domu. Wtedy spróbują jeszcze raz, kiedyś musi się udać.

Gdy już pokonają granicę, jadą najczęściej do mieszkających już w USA mężów, żon czy innej rodziny. A ta w Ameryce Łacińskiej rozumiana jest bardzo szeroko. Jeśli ktoś nie ma rodziny, może liczyć na pomoc latynoskich Kościołów (w samym Waszyngtonie i na przedmieściach jest ich około 120), latynoskich organizacji charytatywnych oraz armii imigracyjnych prawników. Z początku mieszkają kątem u krewnych. Potem muszą znaleźć pracę, a to już znacznie łatwiejsze niż przekraczanie granicy.

Kiedyś pracodawcy mogli bez obawy zatrudniać nielegalnych, bo nie groziły za to żadne kary. Potem je wprowadzono, ale jednocześnie zobowiązano pracodawców do akceptowania 20 różnych dokumentów przedstawianych przez kandydatów jako dowód legalności pobytu, a sprawdzanie wszystkich było niemożliwością. Ustawa imigracyjna z 1986 r. zawiera także klauzulę przeciwko dyskryminacji etniczno-rasowej, która zniechęca do odmowy zatrudnienia. Poza tym udowodnić pracodawcy, że świadomie zatrudnił człowieka bez papierów, jest niezmiernie trudno.

Z braku szans na paszport z wizą najważniejszymi dokumentami stają się karta z numerem ubezpieczenia społecznego, Social Security i prawo jazdy, w Ameryce główny dowód tożsamości (odrębnych dowodów osobistych nie ma). Fabrykowanie fałszywych sekur i praw jazdy to potężna gałąź gospodarki; można je niedrogo kupić na ulicy, gdzie gastarbeiterzy czekają codziennie na oferty zatrudnienia. O sekurę pytają niemal wszędzie, to dokument konieczny do otrzymania legalnej pracy, ale prawo jazdy jest równie niezbędne, bo bez samochodu w niektórych okolicach nie sposób przenosić się z miejsca na miejsce. W podrobione prawa jazdy można się zaopatrzyć w internecie – za jedyne 30–50 dol. plus koszt wysyłki. Ale w 12 stanach i stołecznym Dystrykcie Kolumbii (czyli Waszyngtonie) nie trzeba sobie tym zawracać głowy – od 1993 r. nielegalni imigranci mogą tam otrzymać normalne prawo jazdy, za okazaniem tylko dowodu zamieszkania.

Kiedy już ma się pracę i gromadzi oszczędności, można je trzymać w materacu, ale bezpieczniej zdeponować w banku. Jak otworzyć tam konto? W bankach sprawdzają tożsamość potencjalnego klienta rozmaicie i na ogół nie żądają już sekury. Niektóre wymagają tylko zagranicznego prawa jazdy albo metryki urodzenia, a więc dokumentów, którymi nielegalny imigrant dysponuje. Potrzebny jest też tzw. ITIN (Individual Taxpayer Indentification Number), czyli podatkowy numer identyfikacyjny, który można uzyskać, ściągając odpowiedni formularz z internetu, wypełniając go i wysyłając do federalnego urzędu podatkowego (IRS). Urząd informuje jasno na swej stronie internetowej, że undocumented aliens, czyli nielegalni obcokrajowcy, też mogą otrzymać ITIN. I wielu z nich płaci podatki odciągane przez pracodawców z pensji. IRS pobiera je, nie donosząc do władz imigracyjnych (ICE – Immigration and Customs Enforcement), kto je płaci.

Tymczasem otwarty rachunek w banku umożliwia uzyskiwanie pożyczek, w tym kredytów hipotecznych. Po kryzysie 2008 r. banki mniej chętnie ich udzielają, ale wystarczy zgromadzić podwyższoną zaliczkę. Indocumentados, jak się nazywają po hiszpańsku, mogą więc kupować i posiadać domy. Mało tego, wielu działa w biznesie i zakłada własne przedsiębiorstwa. Jak obliczył Migration Policy Institute w Waszyngtonie, około miliona nielegalnych imigrantów, czyli ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]