POLITYKA

Niedziela, 17 grudnia 2017

Polityka - nr 20 (3110) z dnia 2017-05-17; s. 30-31

Ogląd i pogląd

Paweł Machcewicz

Od mitu do Brexitu

Otwarty właśnie w Brukseli Dom Historii Europejskiej to próba szukania wspólnego historycznego mianownika dzisiejszej Europy. Jak się ta próba udała?

Pomysł wysunął Hans Pöttering, który w swoim inauguracyjnym przemówieniu, gdy w lutym 2007 r. obejmował stanowisko przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, zapowiedział, że ma to być miejsce „kształtowania się europejskiej tożsamości”. Był to ostatni moment europejskiego optymizmu, jeszcze przed kryzysem finansowym i ofensywą populizmów, przed kryzysem uchodźczym i wojną na Ukrainie.

Pierwszym krokiem było powołanie dziewięcioosobowego zespołu historyków i muzealników, którzy przygotowali zarys koncepcji przyszłej wystawy. W ponad stu punktach nakreślili to, co według nich współtworzy najważniejsze elementy europejskiego dziedzictwa, od starożytności do dnia dzisiejszego. Nacisk położono na doświadczenie XX w., najważniejsze z punktu widzenia współczesnego oblicza kontynentu. Zwracała uwagę równowaga między wątkami dotyczącymi Zachodu i Europy Środkowo-Wschodniej, co wówczas jeszcze nie było powszechne w myśleniu unijnych kręgów.

Było to możliwe dzięki obecności w „grupie inicjatywnej” dwóch ekspertów z naszej części Europy: prof. Włodzimierza Borodzieja oraz Marii Schmidt, dyrektor budapeszteńskiego Domu Terroru, notabene głównego instrumentu polityki historycznej Viktora Orbána. Ten pierwszy został potem przewodniczącym Rady Naukowej powstającej instytucji (zasiadał w niej także Norman Davies), a prof. Wojciech Roszkowski, były eurodeputowany PiS, wszedł w skład Rady Powierniczej. Była to więc reprezentacja różnych nurtów myślenia i części kontynentu.

Po opublikowaniu założeń programowych rozpoczęła się pierwsza fala ataków na Dom Historii Europejskiej jako przejaw inżynierii kulturowej europejskich elit. Przodowali w tym z jednej strony brytyjscy eurosceptycy, których tubą były tabloidy piszące o zupełnie niepotrzebnym projekcie, pokazie „próżności” eurobiurokratów, gigantycznym marnotrawstwie finansowym, obciążającym także kieszenie podatników ze Zjednoczonego Królestwa.

Jeszcze dalej idąca krytyka była formułowana ze strony części polskiej prawicy, która widziała w brukselskim projekcie dążenie do wyrugowania pamięci narodowych i zastąpienia ich nową, sztuczną tożsamością europejską. Opublikowanie założeń Domu Historii Europejskiej zbiegło się w czasie z ogłoszeniem w 2008 r. pierwszej koncepcji programowej gdańskiego Muzeum II Wojny Światowej, co pozwalało uderzać za jednym zamachem w oba przedsięwzięcia. „Próbuje się odgórnymi metodami modelować europejską pamięć, która z rzeczywistą pamięcią poszczególnych narodów europejskich ma niewiele wspólnego” – twierdził na łamach „Rzeczpospolitej” współtwórca Muzeum Powstania Warszawskiego Dariusz Gawin, odnosząc się do koncepcji Domu Historii Europejskiej, gdańskiego muzeum oraz francusko-niemieckiego podręcznika do nauki historii.

Ataki na obie powstające instytucje towarzyszyły im przez kolejne lata. W przypadku Domu Historii Europejskiej jednym z ostatnich akordów było porównanie go przez przewodniczącego Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa do sowieckiej „Prawdy” – jako propagandowej tuby Unii. Autorowi tej paraleli nie przeszkadzało, że nie widział tworzonej wystawy, co nieco przypomina argumenty wygłaszane przez krytyków Muzeum II Wojny Światowej jeszcze przed jego otwarciem.

Dom Historii Europejskiej miał być otwarty w 2014 r., ale stworzenie wystawy, zgromadzenie eksponatów, a także adaptacja budynku z lat 30. w stylu art déco, położonego w sercu Brukseli, zajęło ostatecznie znacznie więcej czasu. Wystawa mieści się na sześciu piętrach dawnej kliniki dentystycznej założonej przez amerykańskiego biznesmena i filantropa George’a Eastmana, właściciela Kodaka. Ma 4 tys. m kw. powierzchni, a więc nieco mniej niż Muzeum II Wojny (ok. 5,5 tys.). To jedno z największych historycznych muzeów narracyjnych w Europie.

Wyzwaniem były języki, ale poradzono sobie z tym dość bezboleśnie. Zwiedzający otrzymuje przy wejściu tablet, w którym znajdzie tekst wystawy (w wersji pisemnej i audio) we wszystkich 24 językach Unii.

Pierwsze piętro wystawy to próba zdefiniowania, czym jest Europa, poprzez przywołanie różnych interpretacji w kulturze i sztuce mitu fenickiej księżniczki porwanej przez Zeusa, próbę opisania europejskich granic – geograficznie trudnych do wytyczenia – i pochodzenia języków. Twórcy wystawy wyliczają tu te części europejskiej historii i dziedzictwa, które uważają za najważniejsze: filozofia, demokracja, rządy prawa, chrześcijaństwo, terror, handel niewolnikami, kolonializm, ludobójstwo, humanizm, oświecenie, rewolucje, kapitalizm, marksizm, komunizm i socjalizm oraz państwo narodowe. Każdy taki wybór może wydawać się arbitralny i budzić protesty. Skłanianie do własnej refleksji jest zresztą jednym z założeń wystawy. Pozostała część wystawy to już bardziej zwarta narracja, paradoksalnie zaczynająca się dopiero od 1789 r. – wybuchu rewolucji francuskiej. Zanurzamy się w opowieść o epoce europejskich rewolucji przeciwko absolutyzmowi i feudalizmowi, ruchów walczących o stworzenie państw narodowych, a przede wszystkim o industrializacji, która odmieniła zachodnią część kontynentu. Widzimy kształtowanie się nowych klas społecznych, które miał...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Paweł Machcewicz – historyk, profesor w Instytucie Studiów Politycznych PAN, w latach 2000–05 kierował pionem badawczo-edukacyjnym IPN, w latach 2008–17 współtwórca i dyrektor Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku.