POLITYKA

Wtorek, 21 listopada 2017

Polityka - nr 11 (3102) z dnia 2017-03-15; s. 52-53

Świat

Adam Leszczyński

Operacja Serek

Po ćwierć wieku wojny i anarchii Somalia ma w końcu działający rząd. Ma też prezydenta – Amerykanina.

Z powodu ograniczonych zasobów nasze osiągnięcia będą ograniczone – tonował emocje nowy prezydent Somalii Mohamed Abdullahi Mohamed podczas swojej niedawnej inauguracji. Kalkulacja prezydenta jest prosta: przez 26 lat Somalia cierpiała susze i wojny domowe, a więc potrzeba będzie „przynajmniej 20 lat”, żeby naprawić kraj.

W połowie lutego na przyjęciu w pałacu prezydenckim w Somalii było kilku prezydentów krajów z regionu. Wykazali się odwagą: w dniu ceremonii islamiści z Al-Szabab próbowali ostrzelać pałac z moździerza. Parę dni wcześniej bomba zabiła na targu w stolicy kilkadziesiąt osób.

Prezydent wyciągnął jednak do nich rękę na pojednanie: obiecał tysiącom bojowników z Al-Szabab amnestię, jeśli porzucą broń i zajmą się odbudową kraju. Zostaliście oszukani, niszczyliście własność wielu Somalijczyków i ich zabijaliście mówił. Przyjdźcie do nas, a czeka was dobre życie.

Mohamed studiował w USA, potem został za oceanem i zdobył amerykańskie obywatelstwo, którego bynajmniej się nie zrzekł, kiedy został głową państwa. Studiował historię i nauki polityczne na Uniwersytecie Stanu Nowy Jork w Buffalo, obronił pracę o „strategicznym interesie” USA w Somalii.

Oprócz tego prowadził normalne amerykańskie życie. Pracował m.in. jako główny księgowy administracji lokali komunalnych w Buffalo oraz komisarz ds. równości w zatrudnieniu w stanowym departamencie transportu. Somalijczycy nazywają go Farmajo (bądź, lokalnie, Farmaajo), od włoskiego słowa „ser” (formaggio). Ten przydomek nadał mu jego ojciec, wielbiciel włoskich serów przed wojną, kiedy Somalia była kolonią włoską (Włosi rządzili krajem w latach 18861941).

Zwycięstwo Farmajo nabrało już symbolicznego wymiaru – krajowego i międzynarodowego. Jego osobista historia doskonale pokazuje nie tylko skomplikowaną sytuację jego państwa i daje nadzieję na pokój, ale i zwraca uwagę na mielizny amerykańskiej wojny z terroryzmem oraz nowej polityki imigracyjnej Donalda Trumpa.

Trwająca od 1991 r. wojna domowa w Somalii obfitowała w tyle zwrotów akcji, że poza specjalistami mało kto jest w stanie je wymienić. Obfitowała także w nietrafione interwencje Zachodu, które pogarszały tylko sytuację w kraju i przedłużały konflikt.

Wojna zaczęła się od obalenia przez koalicję rebeliantów dyktatury generała Mohammada Siada Barre. Dyktator był człowiekiem Moskwy w czasach zimnej wojny, a jego wrogowie byli wspierani przez Zachód. Nazywanie go komunistą jest jednak przesadą: rządy w Somalii miały zawsze klanowy charakter i lojalność wobec klanu była zwykle ważniejsza od wszystkich politycznych etykiet. Niemniej rząd był, jak na owe czasy, postępowy, zapewniał prawa kobietom, a religia pozostawała w cieniu.

Nigdy jednak rząd Somalii nie kontrolował w pełni swojego rozległego terytorium: władza (ale też sprzyjające rozwojowi gospodarczemu inwestycje) skupiała się w miastach, a zwłaszcza w stolicy. Na zdjęciach Mogadiszu z lat 60. i 70. XX w. widać zadowolonych, ubranych w zachodnim stylu ludzi, którzy spędzają czas w restauracjach i na dansingach.

Wraz z upadkiem centralnego rządu ten świat szybko się skończył. Stolicę podzielili pomiędzy siebie klanowi watażkowie. Szpitale, szkoły i infrastruktura popadły w zaniedbanie.

W 1993 r. prezydent Clinton wysłał do Somalii amerykańskie wojsko z misją przywrócenia ładu i porządku. Znany film „Helikopter w ogniu” w reżyserii Ridleya Scotta (2001 r.) pokazał klimat tej misji: Amerykanie byli niechętnie przyjmowani przez Somalijczyków, a najpotężniejszy lokalny watażka oraz samozwańczy prezydent kraju Mohammad Farah Aidid wypowiedział im wojnę. Po śmierci amerykańskich żołnierzy, których ciała uradowani Somalijczycy przeciągnęli w triumfalnym pochodzie po ulicach stolicy (jedno odzyskano potem bez głowy), Amerykanie wycofali się z Somalii, zostawiając ją na łasce watażków.

To, co się działo dalej, mogłoby służyć za scenariusz somalijskiej wersji „Gry o Tron”. Mohammed Farah Aidid, niedoszły prezydent i ojciec amerykańskiej porażki, zginął w 1996 r. w walce z innym watażką. Armie rywali do władzy gwałciły i rabowały, a ludzie mieli dość – i poparli islamistów.

Od 1999 r. kontrolę nad główną częścią kraju (Północ i Północny Wschód ogłosiły niepodległość i nazwały się Somaliland) przejęli umiarkowani islamiści związani z tradycyjnymi sądami religijnymi, które stanowiły jedną z niewielu oaz stabilności w kraju. Podzielonych Somalijczyków rozgrywali sąsiedzi, Erytrea i Etiopia, którzy w końcu (z błogosławieństwem przerażonego terroryzmem Zachodu) wysłali do Mogadiszu swoje wojska. Okupacja była brutalna i krwawa <...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]