POLITYKA

Poniedziałek, 27 maja 2019

Polityka - nr 30 (2715) z dnia 2009-07-25; s. 84-85

Wspomnienie / Zbigniew Zapasiewicz (1934–2009)

Katarzyna Janowska

Osobny

Zbigniew Zapasiewicz w czasie urlopu pojawiał się na plaży codziennie. Rozkładał ręcznik i niezależnie od pogody szedł się kąpać. Nie zauważał nikogo, nie uśmiechał się. Na tłocznej plaży w Juracie był sam ze swoimi myślami.

Jerzy Jarocki:Jak najkrócej go opisać? Aktor osobny. Nie chodzi o to, czy większy od innych, czy największy, ale o to, że był kwintesencją aktorstwa i teatru.

Prof. Andrzej Garlicki (kolega ze szkoły na warszawskim Żoliborzu): – Przezywaliśmy go „Słoń”, bo był dobry, poczciwy. Bardzo uważał, żeby nikogo nie urazić.

Andrzej Krzysztof Wróblewski, publicysta: – Graliśmy razem w przedstawieniu szkolnym w „Zemście”. Ja grałem Rejenta, on Papkina. Już wtedy widać było, że ma talent. Nie chciała tego dostrzec chyba tylko jego matka, nauczycielka matematyki w naszej szkole, która wolała, żeby studiował przedmioty ścisłe. Był z nich zresztą bardzo dobry.

Ojciec, działacz polityczny, piłsudczyk, umarł jeszcze przed wojną. Wychowała go matka, wywodząca się z inteligenckiej i artystycznej rodziny Kreczmarów. Ojca zastąpił mu wuj, wybitny aktor i pedagog Jan Kreczmar.

Jest nieśmiały, wycofany. Kiedy prosi wuja, żeby ocenił jego możliwości aktorskie, ten odpowiada, że nigdy nie słyszał, jak on mówi. Aktorstwo ...