POLITYKA

Poniedziałek, 27 maja 2019

Polityka - nr 36 (2721) z dnia 2009-09-05; s. 76-78

Świat

Tomasz Zalewski

Ostatni

Dzieje Kennedych mają skalę i intensywność szekspirowskiego dramatu władzy i namiętności. Edward Ted Kennedy tę legendę rodu wymownie potwierdza.

To Joe miał być politykiem; kiedy zginął, ja zająłem jego miejsce” – mówił prezydent J.F. Kennedy o swym starszym bracie poległym w czasie II wojny światowej. Potem padły słowa o pozostałych przy życiu młodszych braciach: „Gdyby mnie coś się stało, Bobby zajmie moje miejsce. Gdyby coś się przydarzyło Bobby’emu, jego miejsce zajmie Teddy”. Co było zapisane, stało się w 1963 r. i 1968 r., kiedy JFK i Robert Kennedy zginęli od kul zamachowców.

Założyciel dynastii, syn irlandzkiego imigranta z Bostonu Joseph Fitzpatrick Kennedy zarobił miliony na handlu alkoholem i nieruchomościami. Poparcie dla prezydenta F.D. Roosevelta zaowocowało nominacjami na prezesa Komisji Kontroli Giełdy, potem ambasadora w Wielkiej Brytanii. Jego dzieci miały zajść jeszcze wyżej. Ambitny nuworysz od małego szkolił je w arkanach polityki – przy kolacji dyskutowano o bieżących wydarzeniach i studiowano mapę.

Dzieci musiały rywalizować we wszystkim i, jak powtarzał ojciec, liczyło się tylko zwycięstwo.

Kiedy pierworodny syn Joe junior zginął w 1944 r., pał...