POLITYKA

Sobota, 20 lipca 2019

Polityka - nr 34 (2155) z dnia 1998-08-22; s. 38

Świat

Roman Strzemiecki

Ostatni od Stalina

Rozżalony na tych, co ośmielili się pozbawić go władzy i na nowe porządki, które dla niego były nieskończonym bałaganem, długowieczny władca Bułgarii Todor Żiwkow w wydanych przed rokiem wspomnieniach ogłosił, że najważniejsze tajemnice państwowe zabierze do grobu. I właśnie zabrał. Ale może tylko jemu wydawało się, że zabiera coś cennego.

Przeżył u władzy Stalina, Chruszczowa, Breżniewa, Czernienkę, Andropowa i dopiero Gorbaczow dał mu się we znaki. W Polsce przeminęli Bierut, Gomułka, Gierek, Kania, kończył się czas Jaruzelskiego, a on trwał. Nie było w Bułgarii Czerwca, Października, Marca, Grudnia, Sierpnia i drugiego Czerwca - z wyborami po okrągłym stole. Nie było krwawych buntów wschodniego Berlina i Budapesztu, Praskiej Wiosny, rebelii Solidarności. Raz tylko, w 1965 r., grupka niezadowolonych towarzyszy partyjnych i wyższych oficerów próbowała go obalić, ale niezdarnie. W listopadzie 1989 r., zaatakowany znienacka przez grupę zmobilizowaną pod auspicjami Gorbaczowa przez premiera Andreja Łukanowa, ustąpił z własnej woli. Potem uznał, że w długim życiu politycznym popełnił tylko jeden błąd. Właśnie ten.

Todor Żiwkow rządził Bułgarią przez 40 lat - od 1949 r. do 1989 r. (niepodzielnie od 1954 r.). Był twardym autokratą, ale nie dał się zwariować, zachował dozę chłopskiej przyzwoitości i takiego kultu jednostki jak sąsiedzi - Hodża i Ceausescu - nie pozwolił sobie urządzić. Owszem, był dobrym uczniem Stalina - pod jego okiem urządzono 135 pokazowych procesów politycznych, a ...