POLITYKA

Sobota, 20 lipca 2019

Polityka - nr 41 (2675) z dnia 2008-10-11; s. 132-137

Na własne oczy

Joanna Podgórska

Ostrokołowcy

Dwa koła, rama, kierownica, zębatka, siodełko. Nic zbędnego. Ostre koło to niemal idea roweru. I koncept, żeby wykroić w mieście kawałek przestrzeni wolny od komercji.

Zaczęło się od nowojorskich kurierów. A właściwie Jamajczyków, którzy pracowali w Nowym Jorku jako kurierzy rowerowi. Najpierw chodziło o czysty pragmatyzm. Rower pozbawiony wszelkich możliwych gadżetów: przerzutek, manetek, linek, nadmiaru zębatek, a nawet hamulców (niektórzy montują hamulec dla picu, żeby w razie wypadku wina nie spadła automatycznie na nich). Ostre koło po prostu rzadziej się psuje i jest tańsze w eksploatacji. Wymaga specyficznego stylu jazdy i umiejętności. Trzeba bez przerwy kręcić pedałami, gdy kręci się do tyłu, rower jedzie do tyłu. Trzeba nauczyć się hamowania siłą mięśni albo techniką skidu, tak, żeby tylne koło wpadło w poślizg. Trzeba nauczyć się stójki, żeby zatrzymać się na światłach: kierownica w bok, a pedały raz do przodu, raz do tyłu, tak, żeby rower balansował w miejscu. Można, oczywiście, oprzeć się nogami na asfalcie, ale bardziej efektownie utrzymywać w magiczny sposób równowagę, najlepiej bez trzymania rąk na kierownicy, a wszyscy dookoł...