POLITYKA

Piątek, 17 listopada 2017

Polityka - nr 34 (3124) z dnia 2017-08-23; s. 39-41

Rynek

Joanna Solska

Oszuści czasem

Rośnie tolerancja dla przekrętów finansowych. Owszem, większość Polaków uznaje, że są one niedopuszczalne, ale pęcznieje grono akceptujących je „w pewnych sytuacjach”. Największe zrozumienie zyskuje wodzenie za nos komornika.

Takie wnioski płyną z właśnie opublikowanej drugiej edycji raportu „Moralność finansowa Polaków”. Pierwsza powstała przed dwoma laty. To trochę mało, żeby wyciągać kategoryczne wnioski, ale tendencje zarysowują się wyraźnie. Już co trzeci rodak skłonny jest przymykać oko na nieuczciwe zachowania.

Żadna praca nie hańbi, również ta na czarno. Zwłaszcza jeśli jest to jedyny sposób pozwalający na ucieczkę przed wierzycielami. Z pełnym zrozumieniem odnosi się do tego aż 29 proc. badanych. 27 proc. akceptuje świadome ukrywanie majątku, zaś 22 proc. nie widzi nic złego w częstej zmianie rachunku bankowego, mającej na celu wyprowadzenie w pole komornika – relacjonuje Monika Janus z Krajowej Rady Komorniczej.

Raport mógł być fascynujący, tym bardziej że jego autorką jest prof. Anna Lewicka-Strzałecka z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, mająca na koncie długą listę publikacji poświęconych patologicznym zachowaniom finansowym. Mógłby być, gdyby odpowiadał nie tylko na pytanie: „Jacy jesteśmy?”, ale także na drugie, znacznie ważniejsze: „Dlaczego zmieniamy się na gorsze?”. Najwyraźniej jednak Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych, którą tworzy kilkadziesiąt banków, firm windykacyjnych, pożyczkowych oraz ubezpieczycieli, postanowiła na badanie nie wydać za dużo pieniędzy. Szkoda.

Wyłuskać słupa

Sektor finansowy bada naszą moralność, żeby jak najwięcej zarabiać. Im pełniejszy portret potencjalnego naciągacza narysują badacze, tym łatwiej będzie „nie dopuścić do nawiązania relacji z klientem fraudowym”. O ile bowiem największym zagrożeniem dla instytucji finansowych na świecie są obecnie ataki hakerskie, o tyle u nas ciągle wyłudzenia. Jesteśmy przywiązani do tradycji. Z badań agencji EY na zlecenie Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych wynika, że w 17 krajach świata próby cyberataków dotknęły w ubiegłym roku aż 62 proc. instytucji finansowych; w Polsce, na razie, „tylko” 31 proc. Więc chociaż świat najbardziej boi się hakerów, nasze banki o wiele częściej padają ofiarą tradycyjnych wyłudzeń. Dotknęły w ubiegłym roku aż 74 proc. badanych firm. To aż o 11 pkt proc. więcej niż rok wcześniej. Na wyłudzeniach sektor finansowy traci krocie.

Bankowcom nie śni się jeszcze po nocach młody cyberprzestępca, czyszczący konta ich klientów, ale sterany życiem słup kwalifikowany. Taki, jakich szukają zorganizowane grupy przestępcze. Słup kwalifikowany to nie jest drobny pijaczek, gotowy użyczyć swego dowodu osobistego za butelkę wina marki wino. Taki weźmie jedną pożyczkę i zostanie spalony. Kwalifikowany musi być po przejściach, najczęściej więziennych. Z listą zarzutów prokuratorskich w CV. Umie odmówić współpracy organom, nie daje się zastraszyć, jest nieskłonny do zwierzeń. Słup kwalifikowany na zlecenie zorganizowanej grupy przestępczej wykonać może kilka wyłudzeń, najczęściej na doskonale podrobione dowody osobiste. Z badania „Nadużycia na rynku finansowym 2016” wynika, że najczęściej ofiarą wyłudzeń padają firmy pożyczkowe. Jedna z nich składała zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa aż 10 tys. razy.

Banki z wyłudzaczami spotykają się rzadziej. Ze statystyki Związku Banków Polskich wynika, że jeszcze niedawno rocznie udaremniano 30 tys. prób, obecnie 7,5 tys. Statystyki prób, które się wyłudzaczom udały, ZBP nie podaje. Zwykle wyłudza się pożyczkę na cudzy dowód. To obecnie najczęściej spotykane przestępstwo konsumenckie.

Z raportu „Moralność finansowa Polaków” wynika, że ten typ oszustw najczęściej spotyka się z powszechnym potępieniem społecznym. „Posługiwanie się cudzym dowodem w celu uzyskania środków finansowych” za niedopuszczalne uznało 97 proc. badanych. W ubiegłym roku było ich jeszcze więcej, bo ponad 98 proc. W tej kwestii twardo opowiadamy się po stronie prawa i przyzwoitości.

Powolutku jednak miękniemy. Obecnie ponad 2 proc. ankietowanych (o 1,7 pkt więcej niż przed rokiem) uważa, że „czasem” należy takie oszustwo rozgrzeszyć, a ponad 0,5 proc. uznaje wręcz, że w każdym przypadku to nic złego. Badaczy moralności finansowej ani grupa „czasem”, ani tym bardziej „zawsze” akceptująca posługiwanie się cudzym dowodem nie zainteresowała.

Posługiwanie się cudzym dowodem w celu uzyskania środków pieniężnych jest zagrożone karą pozbawienia wolności. Autorka badania moralizuje, że „kradzież tożsamości uderza w najbardziej osobistą i cenną własność człowieka, czyli w jego wizerunek oraz dane, które identyfikują go w społeczeństwie. Posługiwanie się czyimś dowodem, by zaciągnąć kredyt, jest więc nie tylko wyłudzeniem, ale też pogwałceniem prywatności człowieka”. A mimo to grupie „czasem” się nie przygląda. W jakich sytuacjach posługiwanie się cudzym dowodem tożsamości ludzie uważają za słuszne i nie widzą w tym nic nagannego? Czym to uzasadniają? Oto pytania.

Konto na łosia

Rosnąca tolerancja dla posługujących się cudzym dowodem może wynikać z faktu, że – aby go zdobyć – niekoniecznie trzeba właściciela napaść ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]