POLITYKA

środa, 21 sierpnia 2019

Polityka - nr 38 (2368) z dnia 2002-09-21; s. 82-83

Społeczeństwo / Ludzie / Prywatne stypendia

Barbara Pietkiewicz

Owoce z drzewa brzoskwini

Ich dzieci pójdą do anglojęzycznego liceum w Poznaniu. A dokąd trafiają wiejskie dzieci z okolicy? Większość kończy w zawodówkach. Dlatego postanowili im pomóc. Zafundowali lepsze szkoły. Bo jeśli ktoś ma więcej, powinien się podzielić. Proste.

Kowalscy uprawiają brzoskwinie. Zbiory w gospodarstwie są już zakończone, zajmuje się nimi Wiesława. Jest to kilka miesięcy ciężkiej pracy od rana do zmierzchu. Najmuje się do niej dziesiątki osób mieszkających w okolicy. Przemysław zawozi brzoskwinie do hurtowni w Poznaniu, a czasem do Wójtówki przyjeżdżają pośrednicy.

Drzewka brzoskwiniowe ciągną się w sadzie rzędami: nieduże, fachowo obłamywane, z gałązkami utrzymanymi w ryzach przez małe drewniane patyczki, opryskiwane, pielęgnowane, nawadniane przez linie kroplujące. Owoce są pachnące, wielkie i słodkie. Kowalscy mogą wejść z nimi do Unii Europejskiej.

Okolica przyglądała się na początku Kowalskim ze zdumieniem. Przyjechali bowiem z miasta, z Poznania. Wiesława czuła się w Wójtówce początkowo obco, jak na emigracji. Miała napady depresji. Dopiero kiedy pozbierała duchy przodków męża, przeczytała dokumenty, usłyszała o historiach rodzinnych – usadowiła się w tym miejscu.

Zjawili się w domu wuja Przemysława przed dziesięciu laty. ...