POLITYKA

Wtorek, 18 czerwca 2019

Polityka - nr 8 (2693) z dnia 2009-02-21; s. 78-79

Świat

Magdalena Mughrabi

Palec w atramencie

Po dwóch latach wojny domowej Irakijczycy wybrali nowe rady prowincji. Tym razem w wyborach nikt nie zginął, ale nowa władza coraz bardziej przypomina tę z przeszłości.

Od tygodni bagdadzcy kierowcy autobusów musieli upominać pasażerów, by ci płacili za przejazd. Ludzie byli zbyt pochłonięci dyskusjami, a każda rozmowa schodziła na ten sam temat: kto i jak powinien rządzić krajem? O 440 miejsc w radach prowincji walczyło aż 14 431 kandydatów. Byli wśród nich lekarze, nauczyciele, biznesmeni i sklepikarze, o których nikt wcześniej nie słyszał i którzy z polityką niewiele mieli wspólnego. Po raz pierwszy też ludzie publicznie debatowali na kontrowersyjne tematy bez strachu przed muchabarat, czyli służbami bezpieczeństwa Saddama, czy bojówkami, które zawładnęły Irakiem po inwazji amerykańskiej.

W 14 z 18 prowincji, gdzie odbyły się wybory (trzy kurdyjskie prowincje i Kirkuk głosować będą pod koniec roku), ulice miast były oblepione wielkimi plakatami tysięcy kandydatów. Niektórzy zwolennicy przyklejali zdjęcia swoich faworytów na szyby samochodów. Partie nie szczędziły pieniędzy na balony i ulotki, bardziej pomysłowi kandydaci wysyłali wyborcom pozdrowienia esemesem, uprzejmie prosząc o ...