POLITYKA

Niedziela, 21 lipca 2019

Polityka - nr 50 (2534) z dnia 2005-12-17; s. 56-59

Świat / Bałkany

Jagienka WilczakTadeusz Olszański  [wsp.]

Państwa bez obywateli, narody bez granic

Kiedy w połowie grudnia 1995 r. w Paryżu trzej bałkańscy liderzy: Slobodan Miloszević, Franjo Tudjman i Alija Izetbegović, składali podpisy pod dokumentem pokojowym, kończył się najkrwawszy z jugosłowiańskich konfliktów, wojna w Bośni. Po 10 latach widać prawdziwych wygranych. I problemy, które pozostały.

I w Paryżu, i w amerykańskiej bazie w Dayton, gdzie przez wiele tygodni negocjowano porozumienie pokojowe, nikt nie miał wątpliwości, że to tylko kompromis. Państwo Bośnia i Hercegowina miało zaspokoić roszczenia i ambicje trzech zamieszkujących tę prowincję narodów: Chorwatów, Muzułmanów i Serbów, ale także ukrócić ambicje i apetyty sąsiadów – Chorwacji i ówczesnej nowej Jugosławii (Serbii i Czarnogóry).

Konstytucja BiH, aneks do paryskiego dokumentu pokojowego, ustanawiała państwo karykaturalne: podzielone na dwa autonomiczne minipaństwa – Republikę Serbską i Federację BiH, muzułmańsko-chorwacką. Każda z nich ma wciąż własny parlament, rząd i prezydentów, oddzielne policje, były nawet oddzielne armie. Ale jest też wspólny, ogólnobośniacki rząd oraz kolegialny szef państwa, czyli trzyosobowe prezydium, w którym każda wspólnota ma swojego delegata. W rzeczywistości krajem rządzi przedstawiciel międzynarodowych społeczności, sprawujących tu protektorat.

Dzierganie państwa

Tak dziwny ustrój miał ...