POLITYKA

Wtorek, 21 listopada 2017

Polityka - nr 23 (3113) z dnia 2017-06-07; s. 15-17

Polityka

Rafał Kalukin

Parszywa osiemnastka

Większość rządów III RP po półtora roku sprawowania władzy wpadała w pierwsze poważne tarapaty. A potem bywało już tylko gorzej. PiS tak samo boryka się z problemami. Ostrożnie jednak z prostymi analogiami, teraz jest czas nowych reguł.

Zła passa rządu PiS zaczęła się w Brukseli od pamiętnego 27:1. Potem doszło do nieudanej próby upokorzenia Tuska przesłuchaniem w prokuraturze. Następnie kompromitacja z Berczyńskim. Kasacja Misiewicza poprzedzona pasmem wizerunkowych katastrof. Fiasko planów pompowania warszawskiej metropolii oraz manipulowania kadencyjnością w samorządach. Po raz pierwszy od wyborów Kaczyński wycofał się z imperialnych zapowiedzi.

Wielotygodniową defensywę PiS tylko na moment przerwała wywrotka Platformy na pytaniach o uchodźców i 500+. W ostatnim tygodniu rządzący znów znaleźli się w opałach. Pozbawiona empatii odpowiedź rządu na nagranie z wrocławskiego komisariatu ujawniła bezradność PiS w kryzysowych sytuacjach. Panoramę problemów dopełniło odwołanie festiwalu w Opolu i sprawa zanegowanego przez Sąd Najwyższy ułaskawienia Mariusza Kamińskiego.

Łatwo dowodzić armią w ofensywie, trudniej zapanować nad odwrotem. Dyscyplina wtedy siada, ujawniają się wewnętrzne pęknięcia. Z dnia na dzień Macierewicz okazał się figurą kontrowersyjną także w obozie rządzącym. O autonomię nieoczekiwanie zaczął się dobijać prezydent Duda. Najwyraźniej pojął, iż ślepa autoryzacja polityki PiS wcześniej czy później obróci się przeciwko niemu.

Efekty? Wiosenne zrównanie sondażowe z Platformą oraz erozja pokutującego powszechnie poglądu, że Kaczyński nie ma z kim przegrać. A przed władzą jeszcze niejeden zakręt, z nadciągającą wielkimi krokami reformą w oświacie na czele.

Półtora, choć z widełkami

Na kryzys rządów można reagować dwojako. Trzeźwym namysłem albo waleniem na oślep głową w mur. W polskiej polityce dominował dotychczas ten drugi scenariusz. Czyli robić to samo co do tej pory, tylko bardziej. W przekonaniu, że skoro kiedyś działało, to i teraz zadziała. Przy okazji partyjne aparaty podkręcały tempo konsumpcji dostępnych im beneficjów, z fatalistyczną świadomością rychłego kresu. A to z kolei dodatkowo napędzało upadek.

Ale to doświadczenie dopiero z końcówek kadencji. Najpierw pojawiały się nieśmiałe objawy zacierania się silnika władzy. To ten moment, kiedy drobne problemy, które dotąd ogarniano działaniami rutynowymi, okazują się bolączkami przewlekłymi. Jak to kiedyś miał powiedzieć Donald Tusk, wajcha się przekręca i odtąd wszystkie konflikty opinia publiczna interpretuje wbrew władzy. Pierwszy kryzys zostaje jeszcze ogarnięty sporym wysiłkiem, drugi już tylko prowizorycznie zaklajstrowany, trzeci wisi nad głową i nie wiadomo, kiedy eksploduje. A potem zwala się na głowę lawina zdarzeń, nad którymi nie sposób zapanować.

Cezurą jest zazwyczaj półtora roku sprawowania władzy. Po osiemnastu miesiącach dopala się efekt nowości i wyborca zadaje sobie pytanie, czy dobrze zainwestował swój głos. Wciąż jeszcze ma w pamięci grzechy poprzedników, lecz jego wiara w aktualnie rządzących mocno słabnie.

Weźmy rząd premiera Jerzego Buzka. Że problemy zaczną się po półtora roku, łatwo było przewidzieć. W pierwszym roku hurtowo przepchnięto cztery tyleż fundamentalne, co niedopracowane reformy. Gdy weszły w życie z początkiem 1999 r., już wiosną ujawniły się problemy: sondażowe spadki, wewnętrzne awantury, protesty społeczne. Nie minęło kilka kolejnych miesięcy, a koalicja weszła na drogę niekontrolowanej autodestrukcji.

Leszka Millera spotkał jeszcze gorszy los. Na koniec pierwszego roku rządów triumfalnie wracał ze szczytu UE w Kopenhadze, na którym dopiął warunki polskiej akcesji. Wiosną 2003 r. posypało mu się wszystko: koalicja z PSL, zniszczona aferą Rywina wiarygodność SLD, wewnętrzna spójność. A do tego poziom bezrobocia właśnie zaliczał historyczną górkę w dziejach III RP. Chwilę później nie było już po SLD czego zbierać.

Za pierwszych rządów PiS Jarosław Kaczyński sam się wpędził w tarapaty. Już w połowie pierwszego roku przestraszył się popularności premiera Marcinkiewicza i osobiście stanął na czele rządu. Tak był zaślepiony tropieniem układu, że całkiem odpuścił sobie umizgi do centrowego elektoratu. Wydawało mu się, że potrafi potrząsnąć całą Polską. I owszem, potrząsnął. Zmobilizował pod sztandarem PiS dwa miliony nowych wyborców. Pod sztandarem PO – dwa razy więcej.

Tusk odrobił tę lekcję. Dokonał przewrotu kopernikańskiego w polskiej polityce i zatrzymał czas. Zamiast wielkich wyzwań podarował Polakom święty spokój. Zwolnił ich z uciążliwego obowiązku myślenia o przyszłości. I to w czasach, kiedy wielki kryzys demolował liberalną wiarę Zachodu w „koniec historii”. Aż do finału pierwszej kadencji swych rządów – mimo Smoleńska! – Tusk ani na moment nie stracił kontroli.

Ale już w drugiej kadencji wszystko wróciło do normy. Sjesta normalności przeciągnęła się ponad miarę, aż pojawiły się odleżyny. Sondażowa zadyszka dopadła Platformę półtora ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]