POLITYKA

Wtorek, 23 lipca 2019

Polityka - nr 3 (2688) z dnia 2009-01-17; s. 76-77

Świat

Anna Pacześniak

Pęka fundament

Rządzenie Belgią to łatanie dziurawej beczki. Poprzedni premier podawał się do dymisji cztery razy. Nowy dziedziczy starą koalicję, sojuszników z musu, którzy nie wykluczają rozpadu państwa.

Jeszcze do niedawna Belgowie mówili z przekąsem, że kiedy zagraniczni dziennikarze nie wiedzą, o czym pisać, to odgrzewają problem konfliktu między francuskojęzycznymi Walonami i niderlandzkojęzycznymi Flamandami, spekulują na temat rozpadu ich kraju, połączenia regionu walońskiego z Francją, a flamandzkiego z Holandią i pytają o ostateczny termin rozwodu tego małżeństwa bez miłości. Dziś już tak nie mówią.

Obecny kryzys polityczny trwał ponad półtora roku, od wyborów parlamentarnych z 12 czerwca 2007 r. W tak podzielonym jak Belgia kraju zazwyczaj nawet zwycięskie ugrupowanie zdobywa niewiele więcej głosów niż pozostali konkurenci. W ostatnim rozdaniu najwięcej, bo jedną piątą, głosów zdobyli flamandzcy chadecy. Pozostałe głosy przypadły w kolejności frankofońskim liberałom, skrajnej prawicy flamandzkiej z Vlaams Belang, flamandzkim liberałom, frankofońskiej Partii Socjalistycznej oraz socjalistom flamandzkim. Różnica stanu posiadania w federalnym parlamencie między partią trzecią, czwartą i piątą oscylowała wokół 2–3 miejsc. Powyborczy stan zawieszenia, w którym politycy starali się uformować rząd, ...