POLITYKA

Piątek, 24 maja 2019

Polityka - nr 49 (2836) z dnia 2011-11-30; s. 88-89

Kultura

Ryszard Marek Groński

Pianista Warszawy

Najlepszym prezentem dla Szpilmana – gdyby mógł dziś świętować swoje okrągłe urodziny – byłby fakt, że nie zapomniało o nim ani jego radio, ani ulubione miasto, ani cały świat.

Sto lat temu, dokładnie 5 grudnia 1911 r., urodził się Władysław Szpilman. Kiedy ktoś nazywa się Szpilman – czyli Grajek – i przychodzi na świat w rodzinie muzyków, na dodatek w Sosnowcu, mieście Jana Kiepury, wiadomo, kim będzie – pianistą, kompozytorem, aranżerem.

Wykładowcy warszawskiego konserwatorium wcześnie poznali się na młodym talencie. Nie tylko zresztą oni: 20-latek zdobył stypendium Akademii Sztuki w Berlinie.

Doskonalił kunszt wirtuoza fortepianu pod okiem profesorów Schnabla i Kreutzera, uczył się kompozycji na zajęciach profesora Schrekera. Epizod berliński odegrał ważną rolę w jego biografii. Ostatnie lata Republiki Weimarskiej to triumfy jazzu, rewie Friedricha Holländra (autora szlagierów Marleny Dietrich), songi Kurta Weilla, teatr Reinhardta, eksperymenty Brechta. No i kabarety polityczne, znienawidzone przez hitlerowców.

Szpilman zapamiętał wizyty w kabarecie Katakumby. Jego szef Werner Finck tak tłumaczył tę nazwę: „W katakumbach chronili się pierwsi chrześcijanie. A dziś ostatni...”. Na jednej z premier pojawili się faszystowscy bojówkarze. „Parszywy Żyd” – ich herszt wskazał na Fincka. „Pan się myli – sprostował konferansjer, zresztą stuprocentowy Aryjczyk. – Ja ...