POLITYKA

Czwartek, 23 listopada 2017

Polityka - nr 5 (5) z dnia 2016-05-11; Ja My Oni. Poradnik Psychologiczny Polityki. Tom 22. Dusza i ciało; s. 46-49

Presje i pędy

Anna DobrowolskaAleksandra Żelazińska

Piekło piękna

Wciąż obowiązują nierealistyczne wzorce urody – dlaczego współcześni ludzie tak niezmordowanie i tak bezskutecznie starają się im sprostać

Po wpisaniu do internetowej wyszukiwarki hasła „wymiary” pierwsza podpowiedź sugeruje „idealne”. Wyskakuje 579 tys. stron. Mnożą się tabelki, kalkulatory, porównania. Padają liczby – najczęściej te klasyczne: 90-60-90. Od lat 50. XX w. miały one odpowiadać wymiarom playmates, czyli modelek, których fotografie ukazywały się na rozkładówkch „Playboya”. Tak pojmowaną kobiecością uwodziły też gwiazdy kina i estrady. Dość wspomnieć Marilyn Monroe (wystąpiła w pierwszym numerze miesięcznika z 1953 r.), Brigitte Bardot, Sophię Loren czy Madonnę. Szczupłe kobiety z wąską talią i silnie zarysowanym biustem i biodrami (tzw. sylwetka klepsydry) na wiele lat zdominowały myślenie o idealnym kobiecym ciele.

Ale trendy ewoluują. By się o tym przekonać, wystarczy obejrzeć najnowszy pokaz bielizny słynnej amerykańskiej marki, podczas którego modelki mają doczepione na plecach rozłożyste skrzydła – „Aniołki” stały się już symbolem, a ich sylwetki ideałem dla milionów kobiet i mężczyzn. Nie mają tak krągłych jak playmates biustów i pośladków, za to ich ciała są jędrne, sprężyste i równomiernie opalone. I bardzo szczupłe. Wśród topowych aktorek trudno znaleźć którąś z nadwagą. Angelina Jolie, Nicole Kidman czy Julia Roberts mimo upływu lat wciąż wyglądają tak, jakby żywiły się tylko słońcem i niegazowaną wodą mineralną. Nawet słynąca ze swej puszystej sylwetki brytyjska piosenkarka Adele poddała się reżimowi odchudzania i w kilka miesięcy zrzuciła ponad 25 kg, mimo że słuchacze to jej nieprzystawanie do popkulturowej normy cenili.

Modelowanie na ekranie

Ile wysiłku trzeba włożyć, by móc się pochwalić tak idealną figurą, sprawdziła jedna z redaktorek brytyjskiego portalu DailyMail. Przez cztery miesiące pod okiem dietetyka i trenera personalnego (na co dzień pracujących z modelkami) doskonaliła swoją kondycję. Wykańczające treningi 6–7 dni w tygodniu, nawet kilka razy w ciągu dnia, w połączeniu z restrykcyjną dietą sprawiły, że choć jej waga się nie zmieniła, to biust zmalał o jeden rozmiar, a biodra zostały bardziej zarysowane.

Problem polega na tym, że wychudzone modelki stają się autorytetami dla milionów nastolatek, a te są w stanie poświęcić nie tylko wolny czas, ale i zdrowie, by jak najbardziej zbliżyć się do ideału. Młode kobiety, stosując wycieńczające głodówki, ocierają się nierzadko o anoreksję. Te, które opychają się jedzeniem i prowokują wymioty, wpadają w sidła bulimii. Bombardowane wizerunkami idealnych ciał, mogą nabawić się poważnych zaburzeń lękowych w postrzeganiu własnej fizyczności, które psychiatrzy określają mianem dysmorfofobii. Szacuje się, że cierpi na nią od 0,7 do 2 proc. populacji. I choć problem ten dotyczy w podobnej mierze obu płci, to badania wskazują, że częściej muszą się z nim mierzyć kobiety. Z badań zespołu amerykańskiej psychiatry prof. Katharine A. Philips na ponad 500 chorych wynika, że nadmierna uwaga kobiet koncentruje się głównie na skórze (73 proc.), włosach (56 proc.), nosie (37 proc.), brzuchu i wadze (po 22 proc.). Zaobserwowano, że osoby cierpiące na dysmorfofobię nie mogą się skupić z powodu natrętnych myśli, są ciągle skoncentrowane na zasłanianiu wstydliwych części ciała, a zostawione ze swoją obsesją bez pomocy nierzadko próbują targnąć się na własne życie.

Te, które zechcą zmierzyć się z problemem, zazwyczaj lądują w salonach medycyny estetycznej lub na fotelach chirurgów plastycznych. Specjaliści zamiast przeprowadzić sensowny wywiad i odesłać panie do psychologów i psychiatrów, dokonują mniej lub bardziej inwazyjnych korekt, które rzadko rozwiązują rzeczywiste problemy. Z tegorocznych badań TNS Polska wynika, że do wyglądu wagę przywiązuje 93 proc. Polek. Co piąta w perspektywie 2–3 lat planuje coś w sobie poprawić. 56 proc. ankietowanych skłania do tej decyzji potrzeba podobania się sobie, 39 proc. – kompleksy. Na kobiety, które nie mogą sobie pozwolić na wizytę w gabinecie chirurga plastycznego (ceny zabiegów dochodzą nawet do kilkudziesięciu tysięcy złotych), a z całych sił pragną zmiany, czekają telewizyjne kamery i coraz to nowe programy, których scenariusze są na ogół prawie identyczne. Smutna, nieumalowana kobieta, której życie jest pasmem życiowych niepowodzeń, pragnie przed kamerami zmienić się w lepszą wersję samej siebie. Cały kraj śledzi, jak chirurg wysysa jej nadmiar tłuszczu z ud, prostuje nos, a nawet poprawia kształt warg sromowych. „Usta nie pasują do owalu twarzy – powiada ekspert – więc zdecydujemy się na botoks”. Gdy jest już po wszystkim, studio opuszcza uśmiechnięta, umalowana i pełna wiary w siebie kobieta – przynajmniej tak wynika ze scenariusza tego show.

Na prawdziwych celebrytów wyrastają zresztą wykonujący te zabiegi chirurdzy. Cyklicznie goszczą w telewizjach śniadaniowych, mają swoje programy, seriale, rubryki w kolorowej prasie, a na tzw. ściankach pozują z coraz mł...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]