POLITYKA

Poniedziałek, 24 czerwca 2019

Polityka - nr 4 (2229) z dnia 2000-01-22; s. 56-57

Gospodarka

Andrzej Krzysztof Wróblewski

Pierścionek zaręczynowy

Ile od Unii dostaniemy, ile wykorzystamy?

Po grudniowym szczycie w Helsinkach, gdzie ustawiono Polskę w dłuższej kolejce do Unii i praktycznie rozwiano nadzieje na przyjęcie w 2003 r., rodzimi eurokraci posmutnieli. Trudno, myślą sobie, ze ślubu na razie nici, to niech przynajmniej pierścionki zaręczynowe będą z prawdziwego złota. Czy Bruksela, fundując różne programy przedakcesyjne, chce ukoić własne wyrzuty sumienia – czy też dać trochę, żeby opanować polski rynek i odebrać sobie w dwójnasób?

Jedni rodacy wierzą w szlachetność i altruizm Zachodu, drudzy tylko w wyrachowanie. Jedni i drudzy mają rację, jedni i drudzy się mylą. Politycy Zachodu zdają sobie sprawę, że nie ma takich szczelnych granic i takich miękkich resorów, które by uchroniły ich kraje od wstrząsów na Wschodzie, wolą więc zapłacić pewną – nie za wysoką – cenę, żeby procesy łagodzenia różnic posuwały się naprzód.

Łagodzenia – ale nie niwelowania. Mimo przechyłu politycznego na lewo gospodarka krajów UE jest rynkowa, czyli konkurencyjna. W ślad za zachodnimi politykami ciągną na Wschód biznesmeni, żeby jak najwięcej pieniędzy wywieźć z powrotem. Nie ma się o co oburzać: taki jest mechanizm świata, do którego dołączyliśmy. Można by użyć określenia sprzed 20 lat: linia naszych stosunków z Unią to linia walki i porozumienia. Urzędnicy Komisji dawali np. do zrozumienia, że Polska może liczyć na obfitsze fundusze, jeśli szybciej przystosuje prawo o przetargach publicznych do norm unijnych, czyli dopuści firmy z krajów UE na równych ...