POLITYKA

Niedziela, 18 sierpnia 2019

Polityka - nr 18 (2191) z dnia 1999-05-01; s. 38-39

Świat

Artur Górski

Piętnasta jeden do Skopje

Wojny w byłej Jugosławii to nie tylko zbrojne armie, opancerzone wozy bojowe i negocjatorzy z całego świata. To także rozklekotane autobusy, przewożące od południowej Macedonii po północną Chorwację ludzi, którzy wiedzą, co i gdzie kupić, aby potem - ku zadowoleniu wszystkich - sprzedać to z zyskiem. Wódka, papierosy, naboje - wszystko pójdzie.

Kto nie widział dworca autobusowego w Sofii, nie uwierzy, że przypomina on wysypisko śmieci na ugorze, a większość pojazdów - eksponaty z cmentarzyska wraków. Ale z owego osobliwego miejsca wyruszają jednak autobusy, nierzadko w całkiem daleką drogę. Choćby do stolicy Macedonii - Skopje. Stare Czawdary i Sanosy niezbyt dobrze sobie radzą z górzystą trasą, a poza tym... No właśnie.

Popołudniowy autobus relacji Sofia-Skopje ma opuścić dworzec o czternastej, ale kierowca ostatecznie uruchamia silnik minutę po trzeciej. Pasażerowie to taka bałkańska wieża Babel: są Macedończycy, Albańczycy, Cyganie, a także Bułgarzy oraz gentlemani, których pochodzenia nikt nie jest w stanie określić, łącznie z nimi samymi. Jest jedno "obce ciało", czyli historyk z Andaluzji, który jedzie do skopijskich archiwów, ale raczej nie rzuca się w oczy.

- Dlaczego tak późno wyjechał? - słychać podniesiony głos pasażera. - Śpieszy mi się, powinienem być w Skopje przed dziesiątą.

- No, jak to? - odpowiada brodaty ...