POLITYKA

Piątek, 17 listopada 2017

Polityka - nr 33 (3123) z dnia 2017-08-16; s. 32-34

Społeczeństwo

Ryszarda Socha

Plaża z klasą

Leżanki plażowe po 150 zł za dzień, a parę metrów dalej na matach i ręcznikach ci, którzy tyle płacą za kwaterę dla dwóch–trzech osób. Oto spotkanie klas społecznych nad Bałtykiem.

Kurorty nadmorskie to główny kierunek letnich wyjazdów; wybiera je dwie trzecie Polaków. Coraz bardziej pękają w szwach. Na całej długości wybrzeża rosną nowe hotele, apartamentowce, pensjonaty, rozbudowują się stare. Wszyscy chcą na plażę. Plażowa nagość więcej zasłania, niż odsłania. Nikt nie ma wypisane na ciele, kim jest, ile ma w portfelu. Plaża zrównuje. Różnicują dopiero ceny noclegów, z których wczasowicz korzysta, a w ostatnich latach także jakość leżaków na wynajem.

Braki w górnej półce

Cena leżaków pod Grand Hotelem w Sopocie w tym roku pobiła kolejny rekord – 150 zł za dzień (na godziny nie można ich wypożyczyć). Wojciech Fułek, sopocki radny, lider ugrupowania Kocham Sopot i po trosze kronikarz kurortu, wspomina, że sopocka plaża była enklawą luksusu i za komuny. Choć mówiło się wtedy, że wybrzeże jest dla ludu pracującego, to dwie z plaż – przy Grand Hotelu i przy Łazienkach Południowych – były ogrodzone i płatne. Bilet kosztował niedużo, chyba złotówkę, ale plaża przy Grandzie uchodziła za bardziej elitarną, bo łatwo było tam spotkać artystów, pisarzy z pobliskiego domu pracy twórczej ZAiKS. Płot na kilka metrów wcinał się w morze. – Jakoś nikogo to nie raziło – mówi Fułek. – To świadczyło nie tyle o statusie, ile przydawało lekkiej elitarności. Nobilitowało. Żywiołowy rozwój Sopotu w stronę lokali gastronomicznych na każdą kieszeń jest tej elitarności zaprzeczeniem. Ilość nie przeradza się w jakość. Natomiast ekskluzywne hotele wymuszają pewne standardy.

Dziś o wcinaniu się płotu w morze nie ma mowy, bo przylegający do wody pas piasku musi być ogólnodostępny. Za nim zaczynają się ogrodzenia plaż, które miasto wydzierżawiło hotelom i barom. Sheraton swój kawałek z niewielkim wejściem od morza oznakował tablicą „Plaża prywatna. Private beach”, Grand Hotel umieścił informację, że to miejsce dla jego gości. Zgodnie z prawem także na hotelową plażę wejść może każdy, jednak nie widać chętnych, żeby rozłożyć się z ręcznikiem lub matą pośród rzędów leżanek z materacami i parasolami. Za to leżaki mają zaskakujące wzięcie. Dla gości Grand Hotelu leżanki są bezpłatne, osoby z zewnątrz muszą płacić. Są jeszcze namioty dla złaknionych cienia (po 300 zł za dzień). Tym, co można potraktować jako luksus, nieznany zwykłym wypożyczalniom leżanek (cena 20 zł za dzień, 10 za pół dnia), są materace, prane po każdym użyciu. Podobnie (choć nieco taniej) jest na plaży przy Sheratonie.

Mit 500+

Chętnych do płacenia nie brakuje, w upalne dni brakuje za to leżaków dla gości hotelowych. Z nadmiaru popytu tym, którzy przyjdą później, mości się nawet lekko uszkodzone łoża. A gdy ich także zabraknie, wydaje się pufy i rozkładane leżaki drewniano-płócienne (po 25 zł dla osób z zewnątrz). Niektórzy goście hotelowi zrywają się jeszcze przed ósmą, na godzinę przed otwarciem plaży, by zająć coś dla siebie. W końcu na elitarnych plażach robi się tak ciasno, że goście hotelowi z drewnianymi leżakami wychodzą na plażę publiczną, pomiędzy maty, parawany i ręczniki, gdzie przestrzeni jest nieporównanie więcej.

Plaże przyhotelowe są stonowane. Utrzymane w bieli i écru, podobnie jak bary. Publiczne piaski to ich przeciwieństwo – feeria kolorów i wzorów. Widać luzaków i wielbłądy taszczące spory ekwipunek: wózek z dzieckiem, namiocik (– Instrukcja była taka, że nie udało się ani rozłożyć, ani złożyć – skarży się jeden z tatusiów), parawan (jeden lub więcej), parasol (jeden lub więcej), maty, dmuchane zabawki, picie i jadło (czasem w przenośnych chłodziarkach).

Ewa z Aleksandrowa Kujawskiego, sprzedawczyni, przyjechała z dwójką dzieci w wieku szkolnym, które wychowuje samotnie. Choć do zamożnych nie należą, Ewa rokrocznie jeździ z dziećmi nad morze, bo potem dzieci nie chorują. Byli w Dąbkach, Jarosławcu, Ustce, a ostatnio kilkakrotnie w Gdańsku. Wynajmowali tam 2-pokojowe mieszkanie, po 150 zł za dobę. Do plaży (Stogi albo Brzeźno) dojeżdżali. W Sopocie 180 zł za dobę kosztował ich pokój z dostępem do kuchni i łazienki, w 4-pokojowym mieszkaniu, dość daleko od plaży. Inny pokój, mikroskopijny, właściciel wynajmował jako dwójkę za 100 zł. Śniadania i kolacje Ewa robiła w domu, obiady jedli na ogół na mieście, ale w miarę możliwości tanio. Na kwaterze do łazienki i kuchni było w sumie 10 osób, czyli nielekko, ale dzieciom się Sopot ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]