POLITYKA

Piątek, 24 maja 2019

Polityka - nr 40 (2161) z dnia 1998-10-03; s. 15

Wydarzenia

Adam Krzemiński

Po Helmucie

Skała runęła. Zwycięstwo socjaldemokratów w wyborach do Bundestagu to więcej niż osobista klęska Helmuta Kohla. To koniec pewnej ery. Mimo wszelkich zasług dla zjednoczenia Niemiec i budowy Unii Europejskiej, mimo ogromnego autorytetu za granicą, popularność kanclerza w Niemczech w ostatnich dwóch latach gasła w oczach.

W Niemczech doszło do zmęczenia Kohlem. Po szesnastu latach bardzo wielu Niemców po prostu Kohla jako kanclerza już nie mogło oglądać. Drażnił swą ciężką sylwetką, autorytarnym sposobem bycia, bizantyńskimi manierami. Ale przede wszystkim był utożsamiany ze wzrostem bezrobocia, stagnacją, źle przeprowadzonym zjednoczeniem Niemiec i - mimo wielu okrągłych słów o XXI wieku - brakiem wizji.

Porywającej wizji przyszłości nie zaprezentował jednak również jego konkurent Gerhard Schröder z SPD. Ale nie musiał. Mógł punktować słabości rządu, mizerny bilans ostatniej kadencji Kohla i kilka konkretnych spraw w polityce gospodarczej i socjalnej. Miał od miesięcy wiatr w żaglach i cała sztuka polegała jedynie na tym, by nie przeszarżować i nie popełnić większego błędu. Nie popełnił. Nie kłusował na terenach łowieckich Kohla - jak polityka zagraniczna i europejska. Trzymał się swoich pięciu punktów modernizacji Niemiec i demonstrował sztamę ze swym konkurentem w partii Oskarem Lafontaine. Mityngi wyborcze SPD były starannie wyreżyserowane jako wydarzenia medialne: najpierw ...