POLITYKA

Sobota, 25 maja 2019

Polityka - nr 13 (2186) z dnia 1999-03-27; s. 15

Wydarzenia

Paweł Tarnowski

Po prośbie

W minionym tygodniu 9,7 mln rencistów i emerytów dostało niepokojącą wiadomość. Zakład Ubezpieczeń Społecznych nieoczekiwanie wziął w dwóch dużych bankach 790 mln złotych krótkoterminowej pożyczki tylko po to, żeby wypłacić ludziom wszystkie marcowe należności. Wyszło więc na to, że ZUS, który od dawna zbiera cięgi za opieszałość i złe przygotowanie do reformy, teraz zaczął żyć na kredyt. Dla państwowej instytucji, przez której kasy każdego roku przepływa połowa budżetowych pieniędzy, nie jest to dobra reklama. Powstało też pytanie: co będzie w kwietniu i w maju? I czy ZUS, niezależnie od gwarancji Skarbu Państwa, przypadkiem nie zostanie bankrutem?

ZUS, mimo wysokich w Polsce składek na ubezpieczenia, na brak pieniędzy cierpi od dawna. By związać koniec z końcem, co roku musi korzystać z wysokiej dotacji budżetowej. W 1999 r. miała ona wynieść 9,6 mld złotych. I od początku roku była przykładnie wypłacana. W styczniu i w lutym Ministerstwo Finansów przekazało ZUS 2,9 mld złotych, czyli prawie 30 proc. wszystkich planowanych na ten cel środków. Ale i to okazało się za mało. Zarząd ZUS miał nadzieję, że nieoczekiwanie powstałą większą niż zazwyczaj dziurę jak zawsze załata Skarb Państwa. Minister finansów tym razem jednak odmówił. Chciał pokazać, że budżet to nie jest worek bez dna. Bał się też, że niezapowiedziana emisja bonów skarbowych wartości kilkuset milionów złotych na pokrycie deficytu wymusi wzrost oprocentowania tych papierów i zdestabilizuje rynek finansowy. Prezes ZUS Stanisław Alot od wicepremiera Leszka Balcerowicza po raz pierwszy usłyszał więc lakoniczne: "nie dam, bo nie mam". Zakład Ubezpieczeń Społecznych dostał natomiast zgodę na zaciągnięcie, na własny rachunek, bankowego kredytu.

ZUS zrobił to niechę...