POLITYKA

Niedziela, 17 grudnia 2017

Polityka - nr 42 (2727) z dnia 2009-10-17; s. 106-108

Świat

Łukasz Tarnowski

Pod czerwoną czapką

Mao przewraca się w grobie: sektor prywatny Chin wytwarza ponad połowę PKB i generuje aż dwie trzecie wzrostu gospodarczego.

Budowany w Chinach od 60 lat socjalizm ma twarz kapitalizmu. Bogactwo przestało być powodem do strachu czy wstydu. Jeszcze czterdzieści lat temu nikt nie chciał wpaść w ręce czerwonogwardzistów, więc cenne przedmioty spuszczano w publicznych toaletach. Dziś okazuje się, że Zhou Haijiang, przedsiębiorca z branży tekstylnej, którego majątek amerykański miesięcznik „Forbes” wycenia na 300 mln dol., był delegatem na XVII Zjazd Komunistycznej Partii Chin, a nawet kandydatem do członkostwa w KC. Inny miliarder, Liu Hanyuan, założyciel koncernu produkującego karmy dla ryb i zwierząt, zasiada w Komitecie Krajowym Ludowej Politycznej Rady Konsultatywnej Chin – najwyższej instytucji doradczej ChRL. Przedstawiciele chińskiej klasy średniej kupują mieszkania, samochody, akcje i wszelkie inne dobra.

Wbogacącym się społeczeństwie prawo własności i jego ochrona stają się ważnym problemem. Uchwalona w 2004 r. dwudziesta druga poprawka do konstytucji ChRL wprowadziła do niej zasadę nienaruszalności prywatnego majątku obywateli i normę prawną: wywłaszczenie możliwe jest wyłącznie w interesie publicznym, na podstawie przepisów prawa i za odszkodowaniem. Trzy lata później chiński parlament przyjął ustawę o prawach rzeczowych, która po raz pierwszy w historii ChRL w sposób tak szczegółowy uregulowała kwestię prawa własności. To pierwszy krok w kierunku opracowania kodeksu cywilnego, którego ludowe Chiny jeszcze się nie dorobiły.

Za czasów Mao takie przepisy nikomu nie były potrzebne. Już w połowie lat 50., w kilka lat po narodzinach ludowych Chin, praktycznie zlikwidowano prywatne przedsiębiorstwa, a chłopom na fali kolektywizacji odebrano nadaną zaledwie parę lat wcześniej ziemię. Po śmierci Mao Zedonga (1976 r.) wprowadzono reformy, które stopniowo nadawały Chinom coraz bardziej rynkowe i kapitalistyczne oblicze. Ale chociaż wiele się zmieniło w chińskich przepisach o ochronie własności, przy terminie „prywatny majątek” wciąż pojawia się słowo „legalny”. Tak jakby zakładano, że jakaś część prywatnego majątku mogła być pozyskana niezgodnie z prawem.

Bierze się to stąd, że wiele chińskich fortun powstało w niejasnych okolicznościach. Jak choćby kwiatowe imperium Yang Bina, biznesmena, którego w 2003 r. skazano na 18 lat więzienia. Yang zaczął budować swój majątek w latach 90. Pierwsze kroki stawiał w firmie handlowej w Polsce. A po powrocie do Chin założył hodowlę kwiatów i wprowadzał w życie kolejne projekty deweloperskie. W ciągu kilku lat stał się multimilionerem, ale oskarżenia o oszustwa podatkowe położyły kres jego imperium. Byłby to może zwykły przypadek, jakich w krajach transformacji wiele, ale sprawa Yang Bina miała drugie dno. Aresztowano go akurat, gdy szykował się do objęcia funkcji szefa specjalnej strefy ekonomicznej tworzonej przez Koreę Północną przy granicy z Chinami. Do dziś nie wiadomo, czy biznesmen rzeczywiście oszukiwał fiskusa (co, jak się powszechnie w Chinach uważa, na mniejszą lub większą skalę robią niemal wszyscy), czy może władze w Pekinie postanowiły z jakiegoś powodu pokazać władzom w Pyongyangu, kto naprawdę rządzi.

Własność publiczna ciągle jest wynoszona na piedestał jako „trzon chińskiego systemu gospodarczego”, chociaż w rzeczywistości to sektor prywatny jest motorem dzisiejszych Chin. Jeszcze w latach 90. – z obawy przed dyskryminacją sektora prywatnego – wiele prywatnych przedsiębiorstw funkcjonowało pod tzw. czerwoną czapką. Firmy te oficjalnie rejestrowano jako przedsiębiorstwa kolektywne, a więc należące do sektora uspołecznionego. Dla wszystkich było jednak jasne, że właścicielem jest miejscowy biznesmen.

Chiński system prawny nadal jeszcze stawia własność publiczną nad prywatną. Wprawdzie majątek obywateli jest, według konstytucji, „nienaruszalny”, ale majątek publiczny ustawa zasadnicza określa dodatkowo jako „święty”. Ta konstytucyjna kanonizacja własności publicznej ma też skutki całkiem świeckie: nie ma przedawnienia dla roszczeń o odszkodowania za naruszenie majątku państwowego. Najwyższy Sąd Ludowy wydał wytyczne zakazujące sądom uznania takich przedawnień. Za zamach na święty majątek można więc odpowiadać aż do śmierci.

Wprawdzie Najwyższy Sąd Ludowy nie bardzo ma podstawy do wydawania wiążących instrukcji sądom niższego szczebla (gdzie niezawisłość?), ale tu znowu napotykamy osobliwość chińskiego systemu prawnego: wielu spośród ok. 200 tys. sędziów orzekających w Państwie Środka nie ma w ogóle wykształcenia prawniczego. Trudno się zatem spodziewać po nich samodzielnej interpretacji prawa, tym bardziej że taki objaw profesjonalizmu może zaszkodzić sędziowskiej karierze. Bo w Chinach odrzuca się monteskiuszowski podział władz.

Pięć lat temu głośny był przypadek pewnej sędziny z prowincji Henan. Była magistrem prawa i napotkawszy sprzeczność przepisów ogólnokrajowych i prowincjonalnych dała pierwszeństwo ogólnokrajowym. Zyskała pochwały prawniczych autorytetów, ale… straciła stanowisko. Legislatywa prowincji – a sądy podporządkowane są instytucjonalnie lokalnym organom prawodawczym – uznała, że orzeczenie ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]