POLITYKA

środa, 21 sierpnia 2019

Polityka - nr 45 (2679) z dnia 2008-11-08; s. 40-41

Rynek

Adam Krzemiński

Pogrzebu nie będzie!

Wielu wieszczy koniec UE, w której zaczynają dominować narodowe egoizmy. Unia rzekomo wraca tam, skąd przyszła: do luźnego związku gospodarczego.

Do krytyki Unii włączają się nawet ci, którzy byli niegdyś jej ideowymi ojcami. Niedawno w „Dzienniku” sam Jürgen Habermas wygłosił prawdziwe epitafium dla Unii. A przecież zarówno kryzys gruziński, jak i finansowy pokazały, że UE, przy wszystkich swych słabościach, trzyma się dobrze.

Habermas swemu rozgoryczeniu dawał wyraz wiele razy, także teraz, w najnowszej książce „Ach, Europo”. Ale jednak zawsze wskazywał drogi wyjścia. Teraz widzi tylko pośmiertny bezwład Unii, zamordowanej przez prowincjonalizm takich polityków jak Sarkozy, Merkel czy Berlusconi, oraz blokadę UE przez nacjonalizm krajów bałtyckich, Czech i Polski. Skąd aż taki pesymizm?

To prawda, że w 2003 r., w związku z wojną w Iraku, UE pękła: na proamerykańską, nową, i w różnym stopniu prorosyjską, starą. Ale już w czasie pomarańczowej rewolucji na Ukrainie w listopadzie 2004 r. działała zgodnie, choć dwutorowo. Prezydenci Polski i Litwy, wraz z Javierem Solaną jako Mr Europe, pośredniczyli między stronami w Kijowie, zaś kanclerz Niemiec i prezydent Francji – niechętnie, ale jednak – wywarli nacisk na Putina, ...