POLITYKA

Piątek, 24 listopada 2017

Polityka - nr 30 (2715) z dnia 2009-07-25; s. 76-77

Świat

Witalij Portnikow

Pola śmierci

Kreml twierdzi, że sytuacja na rosyjskim Kaukazie już się uspokoiła. Na pewno? Zabójstwo Natalii Estemirowej mówi coś zupełnie innego.

Dopiero po uprowadzeniu i zabójstwie Natalii Estemirowej świat poznał kulisy jej działalności. Natomiast w samej Czeczenii Estemirowa – szukająca dowodów łamania praw człowieka – była przez lata nadzieją, że uda się odkryć prawdę o tym, co się w republice naprawdę dzieje. Była jedną z tych nielicznych, którzy nie bali się prezydenta Ramzana Kadyrowa, od dawna niemal właściciela Czeczenii, który próbuje rozszerzyć swą władzę także na inne regiony rosyjskiego Kaukazu.

To nie przypadek, że właśnie Estemirowa pierwsza odebrała nagrodę imienia Anny Politkowskiej, zabitej dziennikarki. Teraz nadszedł czas, by ustanowić nową nagrodę, tym razem imienia Estemirowej. Choć byłoby naiwnością sądzić, że pierwszy laureat żywy doczeka ceremonii wręczenia. Będzie szczęśliwy, jeśli w ogóle przeżyje. Na Kaukazie Północnym działacze organizacji praw człowieka nie żyją zbyt długo.

Co tam obrońcy praw człowieka! Bo czy minister spraw wewnętrznych republiki idzie na przyjęcie z przekonaniem, że wróci bezpiecznie do domu? Czy burmistrz nie obawia się, czy następnego dnia pokaże się nie na korcie tenisowym, ale na wózku inwalidzkim? Czy sędzia ma pewność, że i on kiedyś nie usiądzie na ławie oskarżonych? Czy wsiadając do samochodu milicyjnego ktokolwiek może mieć gwarancję, że kilka kilometrów dalej z niego nie wypadnie z przestrzeloną głową? Czy nawet prezydent kaukaskiej republiki ma pewność, że dojedzie do pracy, a nie trafi do moskiewskiego szpitala z nikłymi szansami na przeżycie?

Być może rosyjskie kierownictwo przestanie wreszcie potępiać kolejne zabójstwa – które w Czeczenii stały się już codziennością – i przyzna, że w ostatnich latach Kaukaz Północny stał się istnym polem śmierci. Ginęli już przecież prezydenci, opozycjoniści, milicjanci, bojownicy, prokuratorzy, adwokaci, zwykli obywatele, wszyscy, którzy mieli pecha i trafili na czyjś zły humor. W tym szalonym świecie dobro i zło już dawno zamieniło się miejscami – zabójstwa bezbronnych poczytuje się tu za dobry uczynek, a okazywanie miłosierdzia uznaje za przestępstwo. Wybaczcie więc cynizm, ale w takich okolicznościach grzechem byłoby zostawianie obrońców praw człowieka przy życiu.

Kreml twierdzi, że sytuacja w Czeczenii, Inguszetii, Dagestanie i w innych republikach północnokaukaskich się stabilizuje. Skoro tak, to dlaczego rzeczywistość we wszystkich tych miejscach komplikuje się coraz bardziej? Czyżby władze wierzyły, że wystarczy seria fałszywych reportaży telewizyjnych, wyreżyserowanych wyjazdów, potiomkinowskich wsi, by krew sama przestała się lać, ludzie się pogodzili, a dobro wróciło na swoje miejsce, nawet jeśli tylko scenarzyści tej tragicznej komedii wiedzą, czym owo dobro w ogóle jest?

Jak to już było w poprzednich, podobnych wypadkach śmierci obrońców praw człowieka, tak i teraz można uznać, że śmierć Estemirowej była na rękę prezydentowi Kadyrowowi. Ale równie dobrze można twierdzić, że wypadki potoczyły się po myśli jego wrogów. Bo sedno problemu nie leży wcale w Kadyrowie, ale w całym łańcuchu błędów popełnionych przy rozwiązywaniu problemów Kaukazu Północnego i całej Rosji. Jednym z takich błędów są rządy Kadyrowa.

Oto obrazek: studio telewizyjne w Groznym. Reflektory włączone, personel podenerwowany. Kamery skierowane na uczestników programu – prezydenta Kadyrowa i kilku niemłodych mężczyzn, którzy brali udział w wojnie o czeczeńską niepodległość. Jeden za drugim opowiadają słuchaczom, że winę za wojnę ponosi eksprezydent Asłan Maschadow, kilka lat temu zlikwidowany przez Rosjan. Prezydent z satysfakcją kiwa głową – to już nie pierwsze telewizyjne show z jego udziałem. Wszystko dzieje się jak we wschodniej bajce, która dobrze się kończy – Grozny pięknieje, władza się umacnia i nawet byli wrogowie przyznają, że oprócz niego nikt rządzić Czeczenią nie może.

A przecież kiedy Ramzan Kadyrow po tragicznej śmierci swego ojca Ahmata, byłego czeczeńskiego muftiego i prezydenta, objął władzę w republice, nikt nie traktował go serio. Wtedy tylko uważni obserwatorzy zauważyli, że Ramzan pozwolił sobie przyjść do gabinetu prezydenta Władimira Putina w dresie. I został przyjęty. Okoliczności były faktycznie nadzwyczajne. Po śmierci Kadyrowa seniora w zamachu stabilność w republice – utrzymywana dzięki rosyjskim bagnetom i sile byłego muftiego – znowu została zagrożona. Już wtedy stało się jasne: w kontaktach z Kremlem Ramzan Kadyrow może sobie pozwolić na to, na co przed nim nikt sobie nie pozwalał. I spośród licznych pretendentów do objęcia władzy w Czeczenii – a w tym gronie byli ludzie walczący po stronie Moskwy dosłownie od pierwszych dni wojny jeszcze przeciwko Dżocharowi Dudajewowi – Putin wybrał tego młodego człowieka w dresie. To na niego postawił.

Z biegiem lat pozycja Ramzana jeszcze wzrosła. Kiedy ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]