POLITYKA

Piątek, 23 sierpnia 2019

Polityka - nr 20 (2807) z dnia 2011-05-11; s. 24-26

Raport

Mariusz JanickiWiesław Władyka

Polityczny słownik J&W

Każdy polityczny sezon ma swój słownik, a używane pojęcia i frazy oddają atmosferę w kraju, stan umysłów, linie podziału.

Stare zwroty są zastępowane przez nowsze, bardziej dopasowane do temperatury ideowego konfliktu. Można tu zauważyć różne trendy. 1. Odkurzanie starych określeń, czasami z głębokich lat 90. (np. obóz niepodległościowy); 2. Nowsze wersje dotychczas używanych słów (np. anarchomohery, lumpenelity); 3. Nadawanie szyderczego znaczenia neutralnym opisom (np. młodzi z wielkich miast, celebryci); 4. Silniejsze przenikanie do publicznego języka określeń na granicy wulgarności (np. pętaki, smarkacze, chłystki); 5. Słowa, które pojawiły się na fali smoleńskiej i weszły na najwyższy poziom tak patosu, jak i najcięższych inwektyw (np. kłamstwo smoleńskie).

Ogólnie biorąc, polityczny język stał się bardziej koturnowy, zawiera więcej kategorycznych ocen moralnych, przy jeszcze większym ładunku emocji i bezwzględności – ta mieszanka będzie dominować przez najbliższe miesiące.

Poniżej przedstawiamy nasz autorski wybór, krótki, odświeżony słownik polityczny 2011, przydatny w kampanii wyborczej, która po beatyfikacji Jana Pawła II ruszy już pełną parą bez przeszkadzających momentów „wyciszenia”.

anarchomohery – ...

Co nam zmienia polszczyznę?

[not.] BCH

Dr Jacek Wasilewski (UW, SWPS):
Bardzo ważnym czynnikiem zmieniającym język publiczny jest hegemonia oglądalności w mediach. Kto chce w nich zaistnieć, musi się odnosić do emocji. W języku polityki oznacza to powrót do spektaklu i języka napięć z czasów II RP. Źródłem nowych pojęć są zwykle mocne, radykalne media, a dopiero potem podchwytują je politycy – tak było na przykład ze słynnym „kondominium rosyjsko-niemieckim”, które najpierw pojawiło się w tekście publicysty „Gazety Polskiej”, a dopiero potem zostało wykorzystane przez Jarosława Kaczyńskiego.

Interesująca była kongresowa dyskusja o „dostępności poznawczej” śmierci w czasie żałoby posmoleńskiej i organizowania wokół niej polityki. Śmierć zawsze bardzo patetyzuje język, to z kolei wciąga do niego silne moralne wartości, wokół których mobilizują się ludzie. A ponieważ te wartości definiowane były przez opozycję – jako protest przeciw antywartościom – wprowadziło to do języka konflikt i negatywne odniesienia.

Na katowickim Kongresie zarysował się ciekawy podział na normatywistów i deskryptorów. Ci pierwsi są skłonni natychmiast oceniać, które zjawiska w języku są dobre, a które złe, drudzy tylko opisują zmiany. Sam mam wrażenie, że z obserwacjami o upadku polskiej mowy jest związane jedno tabu: wcześniej języka nie trzymała w ryzach norma, tylko cenzura. O tym mało kto wspomina.