POLITYKA

Czwartek, 23 listopada 2017

Polityka - nr 46 (2629) z dnia 2007-11-17; s. 42-44

Rynek

Adam Grzeszak

Polska na minach

PiS żegna się z władzą zapewniając, że zostawia Polskę na dobrej drodze. Nie dodaje, że to droga usłana dziesiątkami min-pułapek. Nowy rząd powinien je szybko odnaleźć i spróbować rozbroić. Oto najgroźniejsze.

Przez ostatnie dwa lata PKB wzrósł o przeszło 12 proc., radykalnie spadło bezrobocie, powstało ponad 1,2 mln nowych miejsc pracy” – wyliczał premier Kaczyński osiągnięcia swego rządu, podając go do dymisji. Jeszcze trzy takie lata, a irlandzki cud, o którym mówiono w kampanii PO, stałby się faktem – dodał. Ekonomiści potwierdzają: polska gospodarka ma się nieźle. To naturalne, że sukces ma nie jednego ojca, ale w tym przypadku mamy do czynienia w większym stopniu z efektem naturalnego cyklu koniunktury gospodarczej oraz owocami naszego członkostwa w UE niż ze skutkiem udanych rządów ostatniego dwulecia. Ekonomiści mają jednak żal, że dobra koniunktura, która nie będzie trwać wiecznie, nie została wykorzystana do uzdrowienia polskich finansów publicznych.

Mina budżetowa

Polska ma najwyższy w Europie wskaźnik budżetowych wydatków na cele socjalne w stosunku do PKB. Szkoda, że tego nie udało się zmienić. Była okazja – ubolewa Marek Zuber, szef doradców ekonomicznych premiera Kazimierza Marcinkiewicza.

Miała być reforma finansów publicznych, ale to zadanie okazało się ponad siły. Zamiast tego powstał dużo skromniejszy projekt konsolidacyjny, zwany reformą Gilowskiej. Ale i on poszedł na półkę. Jednocześnie do długiej listy wydatków budżetowych dopisywano kolejne pozycje: becikowe, ulgę podatkową na dzieci, redukcję składki rentowej, ulgę dla producentów biopaliw, ekwiwalent za deputat węglowy dla górników-emerytów, podwyżkę płacy minimalnej. W sumie wydatki budżetowe wzrosły o ok. 30 mld zł. W zależności od potrzeb nazywano to realizacją idei państwa solidarnego lub też dzieleniem owoców wzrostu gospodarczego. W rzeczywistości były to kolejne przejawy życia na kredyt.

Choć mamy dobrą koniunkturę, która sprzyja spłacaniu długów, państwo polskie zadłuża się coraz szybciej. Co gorsza, zamiast pieniądze inwestować w rozwój, my je po prostu przejadamy. W 2007 r. rząd pożyczył prawie 40 mld zł, w przyszłym roku pożyczy ponad 45 mld zł. W sumie dług publiczny sięgnie już 500 mld zł. To mina z opóźnionym zapłonem. Póki mamy dobrą koniunkturę, nic nam nie grozi. Jesteśmy wypłacalni, więc chętni do pożyczania się znajdą. Kiedy jednak koniunktura osłabnie, zacznie się problem. Podobny do tego, jaki mieliśmy kilka lat temu, kiedy odkryto tzw. dziurę Bauca, bo okazało się, że w budżecie nie ma pieniędzy na część wydatków.

Mina emerytalna

Spora część dodatkowych obciążeń budżetu wynika z konieczności nowych dotacji do rent i emerytur. Poprzedni Sejm i rząd konsekwentnie rozmontowywali reformę emerytalną. Ta bowiem zakładała, że między płaconą składką a otrzymywanymi świadczeniami musi istnieć ścisły związek. Po raz kolejny okazało się, że nie musi: jedni dostaną, drudzy za to zapłacą, bo tego wymaga „solidarność społeczna i inne ważne względy polityczne”, nabierające znaczenia w okresie przedwyborczym. Sto uprzywilejowanych grup zawodowych otrzymało prezent w postaci przedłużenia prawa do wcześniejszych emerytur, ponieważ rządowi PiS nie udało się wprowadzić ustawy o emeryturach pomostowych. Głównie z obawy przed związkami zawodowymi. Tylko to zaniechanie będzie kosztować budżet około 9 mld zł. Nie ma wciąż ustawy o zakładach emerytalnych, które mają wypłacać emerytury z II filara. Tymczasem już w przyszłym roku prawo do emerytury nabędą pierwsze osoby objęte reformą emerytalną. Kto wypłaci im pieniądze? Pierwsza mina emerytalna może wybuchnąć już za chwilę.

Mina związkowa

Narzucony przez PiS podział na Polskę liberalną i solidarną, dobrych i złych, dotyczył także związków zawodowych. W programie partii zadeklarowano, że NSZZ Solidarność jest tą organizacją związkową, która ma większe prawo od innych do reprezentowania pracowników. Taka koncepcja spodobała się członkom krajówki „S” i choć związek oficjalnie nie poparł PiS (choć poparł Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich), to zdecydowanie mu kibicował, a potem rozpiął nad rządem parasol ochronny. Widać to było szczególnie w okresie strajków służby zdrowia, wobec którego „S” zachowała neutralność.

Ta życzliwość była kupowana rozmaitymi przywilejami dla ważnych grup związkowych (górników, energetyków), nominacjami w spółkach Skarbu Państwa ludzi akceptowanych przez „S”, blokadą prywatyzacji. Finałem tej udanej współpracy było odrzucenie przez premiera Kaczyńskiego Komisji Trójstronnej (rząd-pracownicy-pracodawcy) jako miejsca dialogu społecznego i ustalenie w bezpośrednich rozmowach z przewodniczącym Januszem Śniadkiem podwyżki płacy minimalnej. Dzięki temu wiele konfliktów było świadomie wyciszanych, bo uznawano, że to „nasz rząd”. Teraz zapewne Solidarność stanie się bardziej radykalna, więc odżyją stare konflikty i pojawią się nowe, zwłaszcza jeśli rząd PO-PSL spróbuje się zmagać z&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]