POLITYKA

Piątek, 19 kwietnia 2019

Polityka - nr 27 (2408) z dnia 2003-07-05; s. 17

Komentarze

Janina Paradowska

Poprawimy się, naprawdę!

Premier w partyjnych grach wykazał zręczność, której brakuje mu w rządzeniu

Wybory z jednym tylko kandydatem na przewodniczącego SLD były w istocie dokonaniem formalności. Miller wygrał, zanim jeszcze 850 delegatów przyjechało do Warszawy. Stało się to w momencie, gdy oznajmił, że ogłoszone w kwietniu porozumienie z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim już nie obowiązuje, że nie będzie wcześniejszych wyborów w 2004 r., które zapewne mocno przetrzebiłyby szeregi socjaldemokratycznych posłów i senatorów, że rząd dotrwa jednak do końca kadencji. Wizja przyspieszonych wyborów powodowała zamęt w szeregach Sojuszu. To wówczas pojawiły się głosy o konieczności rozdzielenia funkcji premiera i przewodniczącego partii. Unieważnienie tamtego porozumienia, połączone z przegłosowaniem wotum zaufania dla rządu, było najlepszą i najskuteczniejszą agitacją przed wyborami na funkcję przewodniczącego partii. Niewystarczającą jednak, by odnieść sukces pełny. Kilkudziesięciu kandydatów w ogóle nie wzięło udziału w głosowaniu, półtorej setki nazwisko Millera skreśliło.

Leszek Miller z powodzeniem stosuje więc taktykę uciekania do przodu w momencie najwię...