POLITYKA

Czwartek, 18 lipca 2019

Polityka - nr 14 (2549) z dnia 2006-04-08; s. 94-95

Społeczeństwo / Obyczaje / Rewolucja i turystyka

Krzysztof Mroziewicz

Porwanie w Maoistanie

Polscy turyści wędrujący po górach zostali porwani u stóp Mount Everestu. Mieli wiele szczęścia: mówił o nich przez pół dnia cały świat, zostali porwani nie przez yeti, a przez maoistów i odzyskali wolność po zapłaceniu podatku rewolucyjnego. W dolarach, a nie w głowach.

Turyści dostali się w ręce partyzantów maoistów w rejonie Lukli, dokąd himalaiści docierają samolotem, między innymi po to, żeby uniknąć dodatkowych opłat rewolucyjnych. Powyżej Lukli nie ma co jeść, dlatego partyzanci przebywają w dżungli poniżej. Ale i te rejony stara się kontrolować wojsko.

Maoiści toczą wojnę w Nepalu od 1996 r. Rozpętali ją przeciwko królewskiej policji, armii i urzędnikom. Ale nie przeciw turystom. Turystów atakuje Bractwo Muzułmańskie w Egipcie. W Nepalu nie zdarzało się to nigdy. Wędrowcy na trekkingu mogli się czuć tam bezpiecznie.

Wśród Nepalczyków nie ma turystów, są tylko pomocnicy turystów, to znaczy szerpowie. Cudzoziemcy korzystają z ich usług, kiedy trzeba przenieść bagaże do bazy przed wspinaczką. I mają kłopoty tylko w dwóch przypadkach – jeśli przemycają narkotyki i kiedy wdają się w działalność misjonarską, to znaczy w nawracanie Nepalczyków z hinduizmu na cokolwiek innego. Jedno i drugie jest przestępstwem kryminalnym. ...