POLITYKA

Niedziela, 19 listopada 2017

Polityka - nr 26 (3116) z dnia 2017-06-28; s. 34-36

Społeczeństwo

Rafał Woś

Porządki na folwarku

W Polsce spory pracownicze to zazwyczaj walka King Konga z przedszkolakiem. Taka, jaka właśnie toczy się w PWPW. Co ciekawe: ekipa „dobrej zmiany” starła się także ze wspomagającą PiS Solidarnością.

Z jednej strony postaw nową pisowską miotłę. Ekipę przeświadczoną o swej moralnej racji i odczytującą każdą krytykę swoich poczynań jako spisek wrażych sił. Z drugiej postaw zwyczajnych pracowników. Przekonanych, że starali się wykonywać swoje obowiązki najlepiej jak umieli. I właśnie za to dostali od nowej władzy po głowie. Całość osadź w kontekście starych jak III RP folwarcznych stosunków pracy oraz kompletnej indolencji instytucji, które powinny takim spięciom zapobiegać. Tak w skrócie wygląda panorama konfliktu, który od półtora roku rozgrywa się w Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych (PWPW). Nasza opowieść o tym sporze oparta jest na rozmowach z jego bezpośrednimi uczestnikami oraz obserwatorami. Świadomie rezygnujemy jednak z cytowania naszych rozmówców. Dla wielu z nich jest to podstawowy warunek, by odważyli się opowiedzieć, co widzieli.

Zarzut I: pacyfikacja rady nadzorczej

PWPW to jedna z najważniejszych polskich spółek Skarbu Państwa. Zajmuje się produkcją banknotów, dokumentów, druków zabezpieczonych, a ostatnio również systemów IT. Firma zatrudnia ok. 2 tys. osób. Stabilne źródło zysków gwarantuje jej pozycja państwowego monopolisty. Najwyższe stanowiska w PWPW są od lat obsadzane z klucza politycznego. Zważywszy na strategiczne znaczenie firmy, ma to swój sens. Nie inaczej było więc po wyborach 2015 r., gdy prezesem zarządu mianowano Piotra Woyciechowskiego, zaufanego towarzysza Antoniego Macierewicza. Obaj panowie byli razem zarówno w czasie słynnej „nocy teczek”, jak i przy likwidacji WSI. Nawet na prawicy nietrudno znaleźć jednak i takich, którzy na dźwięk nazwiska Woyciechowski znacząco przewracają oczami. „Z wykształcenia astronom. W swojej karierze łapał różne synekury z publicznego rozdania – a to jakaś gminna spółka, a to rada nadzorcza (jak u Barei, gdzie Jerzy Dobrowolski był z zawodu dyrektorem)” – pisał o nim rok temu w „Super Expressie” Łukasz Warzecha.

To jasne, że prezes Woyciechowski przyszedł do PWPW z własnym pomysłem na firmę. Takie prawo każdego szefa. Jest tylko jedno „ale”. Kierowanie spółką Skarbu Państwa tej wielkości co PWPW to nie tylko przywileje rządowego wsparcia, lecz również ściśle określone obowiązki. W tym wypadku wobec pracowników. W przeciwieństwie do sektora prywatnego prawo gwarantuje tu bowiem załodze znaczący udział w procesie zarządzania spółką. I bardzo dobrze, bo to mechanizm, który ma zminimalizować ryzyko, że ważna państwowa firma stanie się prywatnym folwarkiem politycznego nominata. Działa on tak: zgodnie z ustawą o komercjalizacji i prywatyzacji z 1996 r. we władzach spółek, takich jak PWPW, pracownicy mianują swojego przedstawiciela w zarządzie. Do tego co najmniej dwóch w radzie nadzorczej. Przedstawiciele wybierani są w powszechnym głosowaniu załogi.

Aby przedstawiciel załogi we władzach spółki był kimś więcej niż tylko dekoracją, trzeba go oczywiście odpowiednio zabezpieczyć. Zabezpieczenie polega na tym, że może być stamtąd usunięty przed końcem kadencji jedynie przez samych pracowników. Tę kwestię regulują wspomniana już ustawa oraz statut PWPW. Gdyby takich przepisów nie było, to minister (na wniosek prezesa) mógłby odwoływać kolejnych przedstawicieli pracowników aż do momentu, gdy trafi na takiego, który będzie posłuszny. Cała funkcja kontrolna stałaby się wówczas zwykłą farsą.

Ten mechanizm działał w PWPW przez lata, a kolejni prezesi respektowali go niezależnie od barw politycznych. Sytuacja zmieniła się jednak diametralnie z początkiem 2016 r., gdy do spółki zawitała nowa miotła. W marcu odbyło się posiedzenie rady nadzorczej PWPW. Na tym posiedzeniu głos zabrała Ewa Morawska-Sochacka. Bystra i wygadana prawniczka pracowała w spółce od 1999 r. Żadnych afiliacji politycznych. Od 2000 r. nieprzerwanie przez załogę wybierana do rady nadzorczej, pełniła rolę nieformalnego lidera pracowników w radzie. Na marcowym posiedzeniu skrytykowała rozpoczęte właśnie przez nowe władze PWPW duże zwolnienia pracowników. Zwłaszcza że PWPW nie miało problemów finansowych, które by uzasadniały takie cięcia. Trudno też nazwać zwalniane osoby nominatami politycznymi, bo bardzo dużo z nich przeżyło w firmie już wiele ekip.

Tamten „wyskok” Morawskiej nie pozostał bez konsekwencji. W kwietniu, po powrocie z urlopu, w trybie natychmiastowym przeniesiono ją do innej lokalizacji (firma ma ich pięć) bez wyraźnie przypisanych obowiązków. Ci, którzy znają PWPW, twierdzą, że było to de facto zesłanie i szykana. Z dala od serca firmy trudno sprawować mandat członka rady nadzorczej.

W międzyczasie o napiętej sytuacji w PWPW napisał „Newsweek”, a w tekście pojawiło się nazwisko Morawskiej oraz fragmenty jej listu w obronie pracowników. Władze spółki potraktowały to jako pretekst do ostatecznego pozbycia się niewygodnej prawniczki. ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]