POLITYKA

Wtorek, 21 listopada 2017

Polityka - nr 24 (3114) z dnia 2017-06-12; s. 23-25

Polityka

Rafał Kalukin

Poskromieni złośnicy

Stanowią o sile uderzeniowej obozu rządzącego. Zbigniew Ziobro forsuje najważniejszy projekt „dobrej zmiany”, Jacek Kurski maluje jej propagandowy obraz. Właśnie dlatego, że kiedyś zdradzili Jarosława Kaczyńskiego, teraz gotowi są zrobić dla niego wszystko.

Jacek Kurski z 10. piętra gmachu TVP na Woronicza zarządza głównym ośrodkiem propagandy. Opiewa wielkie sukcesy rządu, szczuje na opozycję, straszy obcymi. Choć toporność tej produkcji woła o pomstę do nieba, a widzowie (i ostatnio artyści) odpływają, pozycja Kurskiego wydaje się mocna. Robi w końcu to, do czego został zobowiązany. O roli TVP w koncepcji rządzenia Jarosława Kaczyńskiego możemy wnioskować z wypowiedzi prezesa PiS z czasów rządów Platformy. Podkreślał wtedy, że jeśli rząd kontroluje przekaz telewizyjny między godziną 19 i 20, a jednocześnie utrzymuje się wzrost gospodarczy, to opozycja skazana jest na walenie głową w mur.

Zbigniew Ziobro jako minister sprawiedliwości odpowiada za strategiczną reformę rządu „dobrej zmiany” mającą na celu podporządkowanie sądownictwa władzy politycznej. Jako prokurator generalny nadzoruje z kolei kluczowe śledztwa – smoleńskie oraz mające rozliczyć domniemane afery rządów PO. Nad rangą tych zadań w hierarchii pisowskich pryncypiów nie warto się rozwodzić; pierwsza to przecież nic innego jak „prawo”, druga – „sprawiedliwość”.

Premia za upokorzenie

Dorzućmy jeszcze prawą rękę Ziobry w Ministerstwie Sprawiedliwości Patryka Jakiego, który niedawno stanął na czele komisji weryfikacyjnej ds. reprywatyzacji. Wspomnijmy o szefowej Kancelarii Premiera Beacie Kempie. Co ich łączy? Jeszcze nie tak dawno każde z nich funkcjonowało w PiS na papierach zdrajców z Solidarnej Polski. Niedoszłych królobójców, koniec końców ośmieszonych klęską własnego projektu politycznego, którym łaskawy władca z Nowogrodzkiej pozwolił wrócić z dalekiego wygnania w pokutnych worach.

Rytuał upokorzenia najboleśniej odczuł zapewne Kurski. Latem 2015 r. znajdował się na samym dnie. Politycznym, finansowym i życiowym (właśnie się rozwiódł). Rok wcześniej zagrał va banque, inwestując wszystkie oszczędności (ponad 400 tys. zł) w swoją kampanię do europarlamentu. Klęska była podwójna: nie dość, że cała lista Solidarnej Polski znalazła się pod progiem, to jeszcze sam Kurski zebrał w Warszawie raptem 9 tys. głosów („jedynka” na liście PiS Zdzisław Krasnodębski – ponad 10 razy więcej!).

Nazajutrz po wyborach ogłosił wycofanie się z polityki. Lecz długo w postanowieniu nie wytrwał, bo już miesiąc później nieoczekiwanie zjawił się na zjeździe PiS. „Stoję przed wami z pokorą, z której mnie nie znacie” – pochylał głowę. A część sali krzyczała: „Na kolana!”. Koledzy z Solidarnej Polski nie czekali z wyrzuceniem Kurskiego. Mieli prawo uznać, że próbując tylnymi drzwiami dostać się na pisowskie salony, wystawił ich do wiatru.

Oczywiście ziobryści tak samo już wiedzieli, że ich projekt jest martwy. Chodziło tylko o to, aby jak najdrożej się sprzedać. Został im ostatni atut: ewentualna kandydatura Ziobry w wyborach prezydenckich 2015 r. Wtedy jeszcze nikomu nie śniło się o Andrzeju Dudzie, a prezydencka elekcja uchodziła za piętę achillesową PiS. Komorowski miał wygrać w cuglach, a Kaczyńskiemu – jak powszechnie uważano – brakowało nawet kandydata, który byłby w stanie w miarę honorowo przegrać. Gdyby więc nadal popularny w prawicowym elektoracie Ziobro stanął do wyborów, to pisowski figurant – ktokolwiek nim będzie – osunie się na kompromitujący, jednocyfrowy poziom.

Plan był więc taki, aby start Ziobry przehandlować za miejsca na listach PiS w późniejszych o kilka miesięcy wyborach do parlamentu. Ziobryści odpuszczą sobie chwilową satysfakcję, Kaczyński zaś zapomni im dawne winy. Ale żeby plan się udał i negocjacje przebiegały owocnie, najpierw należało Kaczyńskiego solidnie przestraszyć. Kandydat Ziobro – już sam w sobie mocny – zyskałby dodatkowej mocy, gdyby kampanię poprowadził mu Jacek Kurski.

Podobna historia już się zresztą wydarzyła w 2004 r., kiedy w wyborach do Parlamentu Europejskiego niedoceniana LPR wyprzedziła PiS o kilka punktów procentowych i sensacyjnie wyszła na drugie miejsce (za PO). To właśnie Kurski odpowiadał za ówczesną kampanię partii Giertycha. Bo wcześniej poczuł się w PiS niedoceniony i postanowił pokazać Kaczyńskiemu, co potrafi. Na tyle skutecznie, że za chwilę znów był w PiS. Lech Kaczyński miał powiedzieć wtedy Tuskowi, że może i z Kurskiego „s…syn”, ale warto go mieć po swojej stronie.

W 2015 r. wydawało się jednak, że tym razem nie będzie happy endu. Bo Kurski wyszedł na swoim cwaniactwie jak Zabłocki na mydle. Ziobro odpuścił start, Duda sensacyjnie wygrał, umowa koalicyjna PiS z Solidarną Polską i Polską Razem Jarosława Gowina na wybory do Sejmu została zawarta. Tymczasem samotnemu Kurskiemu musiało wystarczyć słowo Kaczyńskiego, złożone w rozmowie w cztery oczy, że i dla niego znajdzie się miejsce na liście. Do ostatniego dnia przed rejestracją zapewniał zresztą znajomych, że ma to jak w banku. Może nawet faktycznie w to wierzył, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]